wtorek, 20 marca 2018

Moje paranoje

Mówią, że jak się człowiek przyzna przed sobą samym ze swoich jazd to już z górki ku wyleczeniu. A jak już się przyzna publicznie to w ogóle można uznać cud medycyny psychiatrycznej. Także ten. Mam kilka, które wyłączają mój zdrowy rozsądek do zera. Zapinać pasy i jadymy!
Fobia "Co-na-OBIAD??"
Tu nie ma pitolenia. Że pizzę się zamówi, albo zje makaron z serem. Nie ma, że kto chce to gryźnie sobie kanapkę by łatwiej się dotrwało do obiadu o 16.00. Nie, nie. Królowa ma swoje przyzwyczajenia i obiad musi być. A co na ten obiad??? Codziennie 3/4 moich zwojów mózgowych wypełnia pytanie "CO-NA-OBIAD?!". Jest jedna definicja szczęścia. Kiedy wstajesz i nie musisz wiedzieć co.na.OBIAD?!
Klątwa godziny 12.00
Ściśle powiązana z motywem poprzednim. Jak odpowiednio wcześniej nie odpowiedziałam sobie z sukcesem na pytanie jak wyżej to wtedy robi się pandemonium. Blanka ma wewnętrzny zegar ze wskazówką w żołądku, który ma alarm dźwiękowy ustawiony na 12:01. Ewentualną drzemkę owego alarmu można przeciągnąć max do 12:15 a później już płyniemy ku bezkresnym oceanom rozpaczy i wkurwa. Nieważne, że jadła drugie śniadanie godzinę wcześniej bo algorytm jest taki: południe -> 12.00 -> obiad. Spróbuj nie respektować i nie celebrować głównego posiłku królowej - zginiesz marnie.
Psychodela "Nie-ma-bananów?!"
Wszystkiego może nie być ale nie bananów. Może zostać wstrzymana energia elektryczna, woda i zabraknąć chleba powszedniego. Ale nie bananów!  Nieraz bywa, że moja mama wpada zdyszana z pracy, ogarnia wzrokiem nas a potem w sekundę paterę z owocami i z przestrachem rzuca "Nie masz bananów!!!". Nie masz, gonisz do netto. Bo banan to nie tylko żółty długi owoc z Afryki. Banan to zatkaj-buzia dobra na wszystko, który można dać zawsze, wszędzie i łatwo (bez miksowania) i który zawsze panna zje. I jeszcze jest zdrowy. I żółty, jak słoneczko.
"Słyszysz, kaszle..."
To pozostałość po mojej burzliwej przeszłości oskrzelowej. Tzn raczej moich dzieci, bo nigdy nie dane mi było rozłożyć się oficjalnie razem z nimi. Jakoś nie było czasu, więc swoje oskrzela przeżywałam po kryjomu, kaszląc w rękaw najciszej jak się da. Problem tu jest taki, że B. kaszle ciągle, bo ciągle się ślini i tej śliny nie łyka, co nie zmienia faktu, że średnio 3 razy w tygodnia alarmuję blada ze strachu "znów będą oskrzela" a co najmniej raz w miesiącu diagnozuję krztusiec. U obu oczywiście. A taki A. sam nie wie czy aby krztusiec we własnej osobie nie miałby mniejszej siły rażenia niż moja kaszlowa fobia.
"No chyba, że będzie napad"
Od koleżanki, po spacer z psem. Od wyjazdu nad morze po wyjazd do tesko. Każdą zaplanowaną eskapadę kończę krótkim "Chyba,że będzie napad".  Bo jak będzie to nieaktualne wszystko. Nieważne, że każdy z moich bliskich i trochę dalszych wie, ale to silniejsze ode mnie. Może to taka mantra, która ma napad odstraszyć, w stylu "czekam na ciebie gnoju, więc nie próbuj mnie zaskoczyć". Bo jadę do tesko.
"Popraw Jej czapkę" song
To nie jest do końca moja paranoja, tylko otoczenia, jest jednak na tyle zakaźna, że po setnym "ma czapkę na oczach" zaczynam się hiperwentylować. Bo wszystko jest fajnie, zakryte czapką oczy są rzeczywiście bezwzględnym maminym niedociągnięciem i najrychlej jak się da się tą czapkę córce poprawi! Tylko jak my, ja i B., jak dwa pijane zające i---dzieee-my (czyli walczymy z grawitacją, żeby się z każdym "krokiem" nie wypier...) to mamy na liście rzeczy do zrobienia jeszcze parę pozycji przed "poprawić czapkę". Np: 1. nie upaść samemu, 2. nie wywalić B., 3. trzymać górę B. w pionie, 4. przesunąć najpierw jedną nogę B., 5. potem drugą, 6. wyjąć klucz, 7. włożyć klucz do zamka, 8. podnieść torebkę, ew. B., ew. nas obie (bo nasze akrobacje zwykle tak się kończą) w najgorszej opcji - B., mnie i Mniejszą, plus odczepić psa od nogawki sąsiada, 9., 10, i 11. nie stracić równowagi i wtedy nadchodzi ten czas kiedy mogę poprawić czapkę. A jak mnie ktoś stoi z papieroskiem w ręku albo szklaneczką bordo i w ramach dobrych rad rzecze "niech Pani jej poprawi w końcu tę czapkę" to mnie krew zalewa. Weź i popraw!!! Abo na drzewo.
No... Także ten tego. Do zobaczenia w psychiatryku.

                                                                                A.

 P.S. Z gorącymi pozdrowieniami dla Pani Ani B. Widzi Pani, co ja ze sobą mam? Zawstydziłabym wszystkich Pani studentów ;D


Grafika: www.fichhooks.wikia.com

 

4 komentarze:

  1. Hahaha Pani Agato, cóż mogę powiedzieć, Pani wymiata tymi swoimi opisami ;D Ja wiem, że tu poważne sprawy Pani porusza i opisuje, ale nic nie poradzę na to że mimo wszystko leżę i kwiczę ze śmiechu, a już "psychodela-brak banana" to mnie rozłożyła całkiem na łopatki ;D Ucieszyłam się na nowy wpis niezmiernie, do tego uśmiałam, więc mogę teraz iść spać z bananem na buzi ;D Serdeczności!! Ania B.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba ze będzie napad.
    Najlepsze.
    Matko jak prawdziwe ������

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahahaaa jedno mnie cieszy, Siostro, będziemy razem na oddziale!!! :D To co na OBIAD dzisiaj??? U nas banany ;-) Dorzucam fobię pt. "czy to pod nosem to gil?" brrrrrr ale my chore... :D

    OdpowiedzUsuń
  4. liiiii... liczyłam na uczciwe fobie, a nie takie normalne, typowe i w pełni życiem uzasadnione ;)

    OdpowiedzUsuń