czwartek, 25 października 2018

Jak "nie pracując" pracować i przy tym nie zwariować

Jakieś pół roku temu Mniejsza wróciła z przedszkola z taką oto pieśnią na ustach.
Mniejsza: Mamo, dziś Pani mówiła nam o zawodach. I dzieci mówiły co ich mamy i taty robią no i...
Ja: No i co powiedziałaś?
Mniejsza: No, że tato robi na budowach a mama siedzi w domu.
...
Jedyne co mi przyszło wtedy na myśl to cytat z klasyka: "dżizus kurwa ja pierdole" i na tym tę opowieść można by w zasadzie skończyć bo jak widać cała moja odwieczna batalia by traktować pracę w domu jako pracę została zmiażdżona przez przebiegły umysł mojej wtedy 3,5-latki. Niezbadane są jednak ścieżki jakimi chodzi kilkuletni mózg bo chwilę potem Mniejsza dodała "no i że mama siedzi w domu i nam robi ten dom. I to jest tyra". No, 1:0 dla mnie. 
 *** 
W związku z tym w jakim jestem położeniu i też tym czego chcę nauczyć moje dzieci oraz tym, że chcę się czuć nie jak darmozjad na zasiłku z mops-u trzymam się pewnych zasad, które sama sobie ustaliłam i które mają trzymać mnie w pionie. Bo jak Bóg mi świadkiem - to jest naprawdę nie lada wyczyn pracować bez wypalenia mimo tego, że świat postrzega Cię jako tą co "siedzi w domu". Nie można dać sobie wmówić, że się do pracy nie wychodzi, bo w rzeczywistości jest o wiele gorzej - taka ja i miliony kobiet (dzieci npspr lub zdrowych, opiekunek swoich schorowanych rodziców itd) W OGÓLE Z PRACY NIE WRACA. Bo są w niej 24/7, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku. Pytanie jest - jak nie oszaleć?

*** 
Dom z zasady jest ostoją, miejscem do którego się wraca, zrzuca maskę, pelerynę i koturny, ubiera dres marki pepco i zaczyna być sobą. To miejsce, w którym są nasi najbliżsi i najukochańsi, podłoga i ściany, które mamy zrobione totalnie jak chcemy. Miejsce, które powinno w nas budzić  tak miękkie i rozczulające uczucia jak co najmniej wyraz "mama". Bo w sumie "dom" i "mama" to często jedno i to samo, coś co ustawia nas na życie. Robi się ciekawie, gdy okazuje się, że mamą jesteś Ty a dom to nie tylko dom ale i Twoja praca. Biuro, kantorek, biurko, papiery, telefony i szef. Albo szefowa (tak jak u mnie). I tylko Ty możesz wymyślić swoje sposoby na to, by po pierwsze: 
* nie znienawidzić swojego domu, który przez cały czas okazuje się być Twoją pracą,
a po drugie: 
* nie znienawidzić swojej pracy, która oprócz ogarnięcia retta/ padaki/ buntów i zamieszek (lub innych, każdy coś ma) ma  w efekcie tworzyć Dom (przez duże D) dla tych, których kochasz.

Moje sposoby wyglądają następująco:
1. Nie ma takiej opcji, że snuję się cały dzień po domu w piżamie uwalonej zmiksowaną zupą, bo przecież nikt mnie nie widzi, no a tym bardziej jak nigdzie nie wychodzę to nie warto. Warto! Zawsze warto podmalować oko i bezwzględnie TRZEBA ściągać piżamę czy dres w momencie gdy wszyscy inni to robią. Nie będę walić ściemy, że tuszuję rzęsy jak idę za róg ze śmieciami, ale nie ma opcji, żebym co rano się chociaż jako tako nie namalowała. To kwestia nie tylko by nie robić haloweena cały rok ale zwykłej higieny osobistej (konkretnie: psychicznej). Mama-fleja odpada. I dlatego, że dzieci widzą i biorą przykład, ale też dlatego, że przy ogarniętym zewnętrzu wnętrze czuje się bardziej ogarnięte. 
2. Tłukę wszystkim w koło, że  rezygnacja z pracy zawodowej nie oznacza piłowania pazurów w domu podczas gdy hora curka siedzi w kącie i pluje sobie pod brodę. Przy chorym dziecku jest naprawdę zajebista masa roboty, poza tym mam też drugie (które mimo, że zdrowe to jednak wymaga też uwagi, miłości i zaangażowania), dom, zakupy, rachunki, psa i inne. To wszystko powoduje, że w ciągu dnia, kiedy jestem sama z dziewczynami (czyli od przed 8 do ok 17-18) praktycznie nie mam chwili by usiąść na dupie. To jest autentyczna praca a kto twierdzi inaczej to powinien spróbować.
3. Dbam by otoczenie w którym i pracuję i odpoczywam było przyjazne. Ostatnio zawaliłam dom dyniami, pająki przyszły z pola same, cukierek albo psikus jak ta lala. Wszystkim się podoba, mi też. 
4. Staram się uchronić choć jedno miejsce w domu od roboty. Teraz jest to sypialnia - tam nie ma faktur do Fundacji, nie ma sprzętów i Blanki pieluch. Tam mam swoje książki, kilka maskotek Mniejszej i swoją przestrzeń wolną od pracy. W lecie jest to coś co kiedyś będzie ogrodem, ziemia zawsze dobrze działa na oczyszczanie głowy ze spraw zawodowych ;)
5. Przerwa. Każdy ją ma, ustawowo zagwarantowaną, mam i ja. Zarządzam przerwę po Blanki powrocie ze szkoły i/lub po obiedzie. Wtedy jest czas kiedy zwykle zasypia lub spokojnie ogląda sobie bajki. Jak Mniejsza nie jest w przedszkolu to zamykam jej twarz czekoladą, włączam bajki, robię kawę i zamykam sobie twarz czekoladą również. 15 minut czyniące cuda. Próbowałam dla dobra zdrowia odebrać sobie przyjemność jedzenia słodyczy do kawy ale miało to bardzo złe skutki dla mojego zdrowia psychicznego. Więc - dzieci każda do siebie, kawa i najlepiej czekolada. Słodka, nie żadna gorzka. Po takiej chwili jestem jak nowa ale jak ktoś mi tę możliwość resetu w ciągu dnia zabierze to ratuj się kto może, bo nie ręczę.
6. Widź plusy jak to mówią... Jasne, że boli mnie brak możliwości tzw. wyjścia do ludzi, zwłaszcza, że mój zawód wybrałam z autentycznej pasji. Kocham uczyć dzieci anglika i kropka. Los jednak zdecydował, że muszę ogarnąć Blanki retta na tyle by dało się żyć, więc praca na etacie na ten moment odpada. Miewam wiele kryzysów jednak zawsze nawet w najczarniejszej dupie przychodzą mi na myśl słowa mojej przyjaciółki - "Wiesz co moja Mama dała mi najlepszego? To, że była. Wracałam ze szkoły do domu zmarznięta a ona była. Był ciepły obiad ale najważniejsze, że była w nim Ona...". 
Mimo ewidentnych strat na mojej samorealizacji chce TO dać moim najbliższym. Chcę być w naszym domu i na nich czekać jak wracają. 


                                                                                   A.  
Grafika: www.realtor.com

3 komentarze:

  1. Cudny tekst kochana!! Jesteś wspaniała i uwielbiam CIę czytać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Agato, no Pani po prostu wymiata! Świetnie napisane!! Pozdrowienia z Krakowa! Ania

    OdpowiedzUsuń