Nie będę znów publicznie roztrząsać ile to dukatów kosztuje projekt pt. "mam chorom curke" ;) Każdy kto ma choćby zdrowe dziecko wie, że to nie dość, że krwiopijca to jeszcze niezła studnia na gotówkę. Jak dzieciok chory to jest jeszcze weselej a potrzeby nie mają końca a wraz z wiekiem wydaje mi się, że robi się ich więcej i więcej i jeszcze więcej. A mennicy w piwnicy nie ma. I dupa. Trzeba iść i prosić. Trzeba przekonać ludzi, żeby pomogli. I to jest duży problem. Przyznam, że też mój osobiście...Początek naszej przygody z 1% naznaczony jest historią o bokserach, która mogła zaważyć na tym, że więcej już niczyjego 1% nie przechwycimy. B. była maleńka w my zalani jeszcze tonami żalu, że właśnie Ona... Że dlaczego Ona... itd. Pewna pani, wydawałoby się bliska i rozumna znajoma, wysłuchawszy naszej kilkunasto-zdaniowej opowieści z wypiekami na polikach i łzami w oczach o pewnym małym Aniołku, któremu wielki zły rett zrobił niezłą bubę rzekła oziemble: "Ale ja daję % na boksery!". Aha.Ok.
Od tego momentu zrobiło się jeszcze trudniej bo trzeba było nam przyjąć, że dla niektórych taka B. w konfrontacji z innym potrzebującym może wypaść dość blado. I z drugiej strony ma prawo tak być. Bo każdy ma swoje npspr dzieci w rodzinie, otoczeniu, osiedlu itd, ma też boksery, lisy i żubry z puszczy. Ma prawo wybrać jak chce. Najgorsza dla mnie była ta atmosfera walki o %; tu nie można, bo tu zgarnia ta Dżesika, tam nie bo zbierają na coś tam, tych nawet nie pytaj, bo powiedzą, że masz buty najki itd. Zmieniliśmy taktykę. Więcej o tym jaka B. jest wyjątkowa pisaliśmy na drukowanych apelach z prośbą o 1%, z kolei w kontakcie bezpośrednim mówiliśmy krótko: To jest nasza Blanka, cierpi na Zespół Retta, jakbyś chciał/ -ła to podaruj Jej swój 1% na walkę z chorobą. I tyle. Zawsze lepiej sobie w tym kontakcie bezpośrednim radziły moje zawodniczki od zadań specjalnych (Mama i Ciocia), które z latami nauczyły się dystansować, co jest absolutnie konieczne. Bo ja chyba każdą nową osobę proszoną o 1% zawaliłabym opowieścią o tym jak rett boli i jakie to bezkresne gówno oraz jaka Ona jest cudowna i w ogóle bym zapewne zaprosiła na seans z popcornem filmu "Milczące Anioły" z Julią Roberts. A to się tak nie da. Dlatego też nie organizujemy wiecy, nie rozdajemy kalendarzyków z pysią Blanki, bo po prostu tego nie umiemy robić, a zwyczajnie prosimy tych co zawsze... Oni proszą swoich najbliższych i koleżanki z pracy. A one swoich i tak dalej... I dzięki temu, dzięki tym, którzy poczują w sercu "Chcę pomóc tej Blance" udaje nam się uzbierać na rehabilitację, wózek, leki.
Tym przydługim wstępem o mojej nieudolności w proszeniu chcemy Wam podziękować (bo duża część procento-dawców bierze się nam szczęśliwie z tego bloga). Dziękowanie zawsze przychodzi mi łatwiej :D Każdemu z osobna za to Wasze serce, bycie, telefony, smsy i procenty. Za to, że Blanka ma całkiem pokaźną armię "wspieraczy". Za to, że znów pomagacie a my możemy myśleć ze spokojem o rehabilitacji w przyszłym roku. Dziękujemy z całego serca! <3
A.
Grafika: www.swietyjacek.pl
Boksery (!!) zrobiły mi dzień :D
OdpowiedzUsuńNo bo faktycznie, z bokserami nie wygracie ;DDDDD
Jesteście super. Więcej nie trzeba pisać. Trzymajcie sie mocno:)
OdpowiedzUsuńpodziwiam Cie Dzielna Kobieto i szczerze z serca kibicuje tobie i twojemu Aniolkowi. niesamowite podejscie to pomoze przetrwac najtrudniejsze chwile. Moj Aniolek juz bardzo dawno odszedl. od wczoraj ogladam i czytam filmy o dzieciach z zesp.Retta. tyle lat i cos sie zmienilo. nie jestescie same. ja wtedy bylam jedyna z moja Iwonka nie znalam zadnego dziecka ani rodzicow .czuje jakby teraz Iwonka zyla gdy ogladam Was. pozdrawiam i nie poddawajcie sie.przede wszystkim duzo Milosci dla Blanki i normalnosci
OdpowiedzUsuń