O ile walka z samą chorobą dziecka zależy od wielu czynników zewnętrznych (np jak wredny jest Twój rett itd.) to to jak będzie wyglądała walka w Tobie zależy też od nas samych. I moje doświadczenie mówi, że sprowadza się do trudnej i pochłaniającej lata nauki odpuszczania sobie (i innym). Wybaczania sobie (i innym, w tym rettowi). Olewania (i nie zadręczania się wyrzutami sumienia). Bo to, że w końcu każdy z nas (nawet najbardziej ambitny rodzic dziecka z ograniczeniami, który zatańczy na rzęsach Jezioro Łabędzie) w końcu się podda. Pytanie jest tylko czy podda się opadając miękko na kanapę z kawką i poczuciem "wyżej zadu nie podskoczę" czy pokiereszowany i poturbowany do krwi wpadnie do dziury, z której wyjść można już tylko w kaftanie.Nie jestem i nigdy nie byłam od wiecznej presji walki o Nią wolna. Wewnętrzny krytyk i wyrzuty sumienia to w sumie od początku moje drugie imię a imperatyw, który fajnie tylko brzmi na internetach pt. newer giw ap miażdżył mi łeb bardzo skutecznie. Miażdżył. Już nie.
Jak była mała a ja łatwa do przekonania, że mogę wszystko co chcę tylko muszę bardzo, bardzo się starać, każda próba odpuszczenia kończyła się tym, że poczucie obowiązku i konieczność skakania ponad swoje możliwości żarła mnie jak stado wściekłych buldogów. Których opanować się po prostu nie dało. Bo przecież Ona nie mówi, dalej nie chodzi, no może ma tego retta ale mogłaby to, tamto a ja mogłam zrobić jeszcze sramto, jechać do chin, leczyć komórkami macierzystymi z fasoli albo nauczyć tańca na wózku. Nie wyszło a buldogi żarły, do krwi i utraty tchu. Z kolejnymi latami postępu retta, mojego zmęczenia ale też coraz lepszego zrozumienia między mną a Nią zdawałam sobie sprawę, że to nie tak. Że to nie wyścigi. Ani między rettkami, ani między mamami, ani z samym sobą. Zaczęłam najpierw odpuszczać z przymusu. Nie spałam kilka lat i rano nie dość, że nie przebrałam się z piżamy to nie poszłyśmy na spacer siedząc pół dnia na dywanie i czytając książeczki. Później zaczęły się kwestie odpuszczania przez plecy (teraz mam apogeum, zastrzyki, auu), bo się nie dało wziąć dwójki dzieci i dwóch wózków plus pies na spacer. Często jak mniejszy już buldog (taki buldożek francuski) użarł to się szło. Albo szukało nowej metody. Albo wymyślało kolejny mega plan na retta. A potem płakało. Bo nie wyszło i warto naprawdę nie było... Od dłuższego czasu to poczucie, że nie mogę odpuścić czegokolwiek w naszej rett-walce zmalało do postaci wrednej ciułały, która więcej szumu narobi niż użre a czasem wystarczy huknąć "budy!"i już ma się spokój. Można zamiast biegać w popłochu po googlu usiąść, zaparzyć kawę, położyć się obok Niej i tą kawę wąchać. B. to uwielbia... I nie tylko to.
Są rzeczy, których nie odpuszczam bo odpuścić nie chcę (nie zostawię Jej na pół dnia w łóżku, zrobię wszystko by miała fajny dzień, trzymam się sprawdzonych metod na retta, nowych jak nie muszę to nie szukam w myśl zasady "lepsze wrogiem dobrego"). Są też takie, które musiałam przez realia odpuścić (typu Jej chodzenie) albo te, które świadomie uznałam za niewarte czasu i energii (np komunikację alternatywną, obrazki, komputery. Wystarczą mi Jej oczy i porozumienie dusz ;) Serio). I co? I tak mi jest dobrze, po tych 10 latach razem. Jestem z siebie dumna, że z watahy buldogów został mi mały gryzoń, którego można względnie łatwo spacyfikować i po prostu żyć. Bo walka to walka, a życie - życie i czasem trzeba wyrzucić rękawice i płynąć z nurtem. A psy niech stojo na brzegu i patrzo ;)
A.
Grafika: pinterest.com
Pani Agato, Pani wymiata. Kładzie mnie, moją wiedzę, doświadczenie, i życie, oraz moich studentów na łopatki - nie urastamy Pani mądrości i sercu do pięt <3 Ania
OdpowiedzUsuńPani Agato - jest Pani wspaniałą matką i niezwykłą osobą i bardzo Panią podziwiam Znalazłam bardzo ciekawe i Pozytywne efekty pracy z alternatywną komunikacją podobnej dziewczynki tylko troszkę młodszej. może to byłoby jakąś inspiracją ja jestem wstrząśnięta co jest możliwe po początkowych trudnościach https://m.facebook.com/majaobirek/
OdpowiedzUsuń