Pierwsze miesiące życia naszych dzieci obfitowały w ambitne rozmowy na ambitne tematy, najczęściej jednak dało się słyszeć: "Ej (ty, drugi z dwóch) weźmiesz ją?" Bo się na przykład chciało zrobić na maksa egoistyczne i skąpane w samotności siku albo cokolwiek innego wymagającego użycia dwóch rąk. Czy tak po prostu odsapnąć, bo moje obie były takie bardzo... przyklejone ;) Ja z kolei mimo, że rozpływam się nad wspomnieniem takich małych mlecznych i przyssanych to jednak, będąc zdeklarowaną jedynaczką, zawsze lubiłam najbardziej pobyć sama ze sobą. Nawet dłużej niż w sytuacjach zaspokajania fizjologii. I podczas gdy małe mleczne w większości wyrastają z tego stanu 100% zależności od matki to są takie, które się na ten krok nie decydują. Mijają dni, miesiące i lata. I przychodzi dzień kiedy wychodzisz na taras i krzyczysz w puste przestworza łąk i lasów "Weźmiesz ją?!?! Na chwile! Chociaż na 10 minut..." Cisza. Nikt nie odpowiada. Całkiem niedawno słuchałam lekko oburzona jak dalsza znajoma wyznaje, że nawet zagilaną puszcza do szkoły byleby do tej 15.00 mieć spokój. No jak możesz? Madko jedna. Pamiętam jak mnie ścinało na myśl, że matki specjalne wykopują dzieci tu i tam byleby chwilę pożyć. Tak dla siebie. I im jestem starsza tym ten ciężar bycia z nią 24/7 i robienia za nią absolutnie wszystkiego coraz bardzie mnie przytłacza. Kawał drogi przede mną, żeby spakować Blaniś w którąś sobotę i życzyć jej miłego weekendu w jakiś przytulnym DPS-ie, ale coraz bardziej rozumiem jak to jest szukać okazji by choć trochę pobyć w pojedynkę. Bo być dla kogoś drugiego cały, calusieńki czas się po prostu nie da.
A nie da się bo?Bo też się jest całkiem oddzielnym człowiekiem. Choruje się (sic!), czasem trzeba iść do lekarza, czasem do urzędu, czasem chce się wyjść bez podawania przyczyny albo po prostu po to by złapać ze sobą kontakt. A się nie da. Nie wszędzie taką np. 10-letnią i prawie 40-kilową rettkę można wziąć, czasem nawet nie warto. Właśnie przepada mi wyczekana 10 miesięcy rehabilitacja kręgosłupa na NFZ, bo czuję się, że mnie coś składa i nie dam rady zapakować Jej, siebie i wózka, po czym iść na zabieg a za chwilę wpakowywać wszystko z powrotem. Zresztą po tym zabiegu "nie można jakiś czas dźwigać". Tak...
Pamiętam jak pierwsza nasza psycholog w szkole specjalnej zapytała mnie na mojej pierwszej terapii "Jest pewnie Pani zmęczona??" Wyszły mi oczy, bo byłam wtedy tak wkur...a na to co się dzieje, że o zmęczeniu nie było mowy. Więc czas na up-dejt: Pani Gosiu, 9 lat później - tak, jestem zajebiście zmęczona...
Szatan wymyślił ferie.
A.
Grafika: www.jokeitup.com
Pamiętam, jak to było. Wydawało mi się, że już do końca życia będę "przywiązana". Tylko że u mnie poszło standardowo, Młoda się z wiekiem stopniowo "odwiązywała". Nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy kolejny rok i kolejny trzeba być w 100%. Życzę sił, nie wiem skąd, ale skądś.
OdpowiedzUsuńAch jak bardzo przydałyby się tu rozwiązania systemowe... czy dożyjemy???
OdpowiedzUsuń