Wiele razy mama mi powtarzała "dziecko, Ty jesteś z innego pokolenia"... Do parę dni temu wydawało mi się, że to tylko mamine gadanie, a ja to po prostu ona tylko dwadzieścia kilka lat później. Moim jedynym ograniczeniem było do tej pory tylko zmęczenie i ból pleców. Nigdy nie zakładałam, że się nie da bo się dało, mniejszym czy większym nakładem sił, ale zawsze się dało. Żyć jak inni, mimo, że nie jesteśmy jak inni, żyć normalnie, ale w nasz sposób "normalnie". Ale jednak. Aż tu nadszedł taki dzień, który objawił mi coś dla mnie zupełnie nowego - życie z barierami. I to nie takimi w mojej głowie.
Urząd klasy państwowej, miasto kilkudziesięciotysięczne, obok mojego, które szczyci się strefą ekonomiczną i rozwojem, dobrobytem i wow wow. Muszę jechać, żeby załatwić tzw. papiery, tego zawsze jest masa. Podjeżdżam i widzę cztery schody. Stoję i patrzę, przecieram oczy ze zdumienia, bo po prostu nie wierzę. Nie rozumiem. Nie pojmuję. Ja, dziecko lat 90-tych i od 10 lat matka niepełnosprawnej córki nigdy czegoś takiego nie widziałam... Żeby urząd witał mnie i B. w wózku schodami. Dobra, myślę, ukryta kamera, z tyłu jest podjazd. Objeżdżamy budynek w koło, żadnego podjazdu nie ma. Próbuję wciągnąć B. do góry tyłem, podjechać przodem, stękam, sapię, nie ma szans. Podchodzi starszy mężczyzna i oferuje mi pomoc. Wyboru nie mam bo rachunek jest brutalnie prosty - B. razem z wózkiem waży dużo więcej ode mnie. Udaje nam się ją wnieść z wózkiem by odkryć drzwi, przez które nasz wózek nie wjedzie, bo są za wąskie. Dwuskrzydłowe, old-schoolowe drzwi z lewym skrzydłem przywierconym wkrętem na stałe, żeby czasem, go nie otworzyć. Zdzieram felgi, obdrapuję im to drewno i wjeżdżam do środka, spocona jak szczur i zszokowana bardziej niż zmęczona. W środku wita mnie kolejny cud techniki, biuro dla petentów, do którego drzwi mają szerokości ze 60 cm, oraz miejsce przy ladzie/biurku, które absolutnie wyklucza obecność nawet osoby o kulach, o wózku inwalidzkim czy innym nie wspominając. Zostawiam B. na korytarzu i idę załatwiać papiery. Pytam "Jak to jest możliwe???" Jak... WC na piętrze. Schody bez podjazdu... Drzwi wszędzie wąskie... Koszmar. Mina pani za biurkiem mówi to co czasem moja mama "Dziecko, Ty jesteś z innego pokolenia"... Jestem. W moim świecie jedyną barierą pozostaje umysł i emocje, ew. ograniczenia wynikające z choroby ale nigdy, przenigdy bariery, które uniemożliwiają dostęp. Mury i krawężniki, schody i blokady, które powodują, że czujemy się jak zatrzaśnięci w klatce. My, niepełnosprawni, tacy czy inni, mamy dość swoich ograniczeń by jeszcze walczyć z czyjąś ignorancją w kwestiach tak oczywistych jak dostosowanie miejsc użyteczności publicznej do jakiś obowiązujących na całym świecie starndardów. Zwłaszcza, że to nie była jakaś fanaberia, pt. chcę zabrać niepełnosprawną córkę na lodowisko, tylko urząd i sprawa, która bezpośrednio dotyczy mojej opieki nad tą właśnie niepełnosprawną córką.
Wracałam do domu myśląc o tych wszystkich ludziach, którzy lata temu nawet nie słyszeli o podjazdach, windach i szerokich framugach. O ludziach zamkniętych w swoich domach na piętrach blokowisk. O wolności, którą odebrała im choroba. I niemyślący urzędnicy.
A.
Grafika:elipinki.pl
Piękna nasza Polska cała... jesteśmy w Belgii, w zeszłym roku byliśmy w Holandii... w którymś momencie sobie pomyślałam: jak tu wszędzie dużo ludzi niepełnosprawnych, chore toto wszystko, a potem inna myśl: kurka, oni wcale bardziej chorzy od nas nie są, tylko tu oni mają szansę wyjść z 4 ścian swojego domu!!!!
OdpowiedzUsuńA gdzie mój piękny komentarz prosto z Belgii? Już go nie odtworzę, ale notkę na fejsie inspirowaną Twoim wpisem popełniłam, nawet ze zdjęciami, jak to inaczej wygląda życie wózkowiczów w Holandii i w Belgii...
OdpowiedzUsuń