Podstawowa i najprawdziwsza prawda jest taka, że wyspany nieśpiącego nie zrozumie. Całe lata chłop mi powtarzał "Ty nie myśl, tylko śpij" po czym dopadł go stres i kumulacja spraw i sam przestał spać na jakiś czas. Czy myślał w tym czasie to nie wiem, ale spać - nie spał a ja się śmiałam pod nosem przewracając się na drugi bok. Moim zdaniem bycie na straży nocami kilka lat albo i całe życie to największe wyzwanie nie tylko dla organizmu ale i psychiki. Bo można nie jeść, nie pić nawet można (jak moja B., je, nie pije a nie chodzi i żyje ;) ale spać, jasna cholera, to trzeba. Bo jak się nie śpi to się ma jazdy i widzi różne potwory. B. płynnie przeszła od noworodkowego etapu nie-spania i wstawania co 3-4 godziny na mleko do czysto rettowych nocnych jazd trwającyh kilka lat. Wrzask, sapanie, dyszenie, jęczenie, płacz, wrzask i wkoło. Spania zero. Ani ona ani my, czasem nawet - ani sąsiedzi. To był cztero- czy pięcioletni koszmar. Potem doszło niespanie pt. "lepiej, żeby państwo czuwali, bo może być napad z bezdechem". I tak na zmianę ja i A. trzymaliśmy wartę przy jej łóżku z palcem na włączniku światła, który odpalał się w sekundę, jak nie było słychać oddechu, bo B. już była w drgawkach i z czarnymi ustami. Tego się ani nie odzobaczy ani nie zapomni. Później urodziłam Mniejszą i symultanicznie wstawałam do obu, tej dając cyca a tamtą ratując z napadu padaczki, płaczu, sapania, dyszenia czy czegotamkolwiek. Tak minęło mi prawie 10 lat, po czym sytuacja się ustabilizowała - Mniejsza przestała wstawać na mleko a B. wyciszyła się na tyle, że ani nie siała zadymy środkiem nocy ani nie miała ciężkich napadów. Więc można było w końcu spać. Teoretycznie.
Każde sapnięcie, pierdnięcie, kaszlnięcie (to ostatnie w wydaniu Mniejszej doprowadziło mnie do nocnej nerwicy kaszlowo-lękowej) powodowało, że się budzę. Sprawdzam, przykrywam kołdrą, całuję w czółko i wracam do łóżka. By zasnąć albo nie. Leki wcale nie rozwiązują tu sprawy, bo dobrać takie, które nie zmiatają z nóg na 12 godzin nie jet łatwo. Bo przecież jakby się z Nią coś działo to muszę słyszeć i wstać, bo mimo, że mniej to jednak różne nocne cuda nam się zdarzają. Poza tym matki npspr są w ciągłym ruchu samochodem, na 8.00 do szkoły a nie po wszystkich dropsach da się bezpiecznie jeździć. I tak koło się zamyka, im bardziej człowiek zmęczony tym bardziej myśli i nie śpi a jak nie śpi to zmęczony na maksa.
Ja uznałam, że bez snu nie pociągnę bo jak śpię to jestem w stanie pokonać największy kryzys w dzień i tłuc retta po mordzie ile sił. Nie było łatwo i trwało to kilka miesięcy ale udało się (mi i mojej doktorce) znaleźć lek, który nie otumania ani nie pokłada do nieprzytomności, za to pomaga się wyciszyć i wytonować to rettowe myślenie "co będzie, a jak będzie, kiedy, ile" itd. Maleńka dawka, która na szczęście na mnie działa. Bo snu rettowi nie oddam, nie mogę.
Dobranoc.
A.
Grafika: www.tenor.com
Dobranoc, śpijcie dobrze, karaluchy pod poduchy a szczypawki pod zabawki. A rett gdzieś het..
OdpowiedzUsuńDobranoc...
OdpowiedzUsuń