wtorek, 22 października 2019

Proste sprawy - cz. 2

No, mamy równy miesiąc od operacji więc liczę, że już pewien dystans złapałam i można napisać ten tekst bez zbędnych emocji. Ale z emocjami koniecznymi, bo będzie on o kwestiach mniej technicznych a bardziej metafizycznych, tudzież duchowych, ew. emocjonalnych własnie. W podpunktach, bo tak mi łatwiej ogarnąć ten mój myślotok.

KREW
Ile razy widziało się tą uśmiechniętą kropelkę, która żądna krwi wołała z plakatów na szkolnych drzwiach gabinetu pielęgniarki "Oddaj krew" albo "Twoja krew ratuje życie". 
Nigdy te obrazki nie były mi obojętne, bo nawet czerwień farby drukarskiej powodowała, że robiło mi się słabo. Po prostu brrr. Nawet za 10-pak czekolad z orzechami nie oddałabym krwiopijcy ani kropli. Jak byłam na studiach samo przyszło do mnie alibi bo okazało się, że mam wadę krzepliwości, i jako krwiodawcza kategoria D oddać żadnych płynów z siebie nie mogę. Z kolei mój przyszły (i obecny) mąż zawsze lubił wyzwania a za milkę i podziw ziomków z sąsiedztwa gotów był zrobić wszystko. Jak znajomy miał wypadek - oddawał krew. W woju - oddawał krew. Jak uznał, że ma jej za dużo - oddawał krew. Bardzo mi tym imponował i zakochiwałam się w nim z każdym litrem (krwi oczywiście :D) coraz bardziej. Ale to wciąż była kropelka z plakatu i dreszcze omdlewania na widok igieł, i w sumie tylko tyle. Aż do momentu kiedy zobaczyłam na własne oczy cud wpompowywania życia wraz z krwią i zrozumiałam po co ona człowiekowi jest.
Jak weszłam do B. na OIOM jedno zwaliło mnie totalnie z nóg - jej kolor. Nie aparatura, rury, igły, wkłucia, wenflony, piszczące maszyny, bo na to byłam psychicznie przygotowana. Tylko kolor mojego dziecka... Który był seledynowy, szary, przezroczysty i nieokreślony zarazem. Wyglądała jak lalka z wosku a ja jedyne co mogłam pomyśleć  to, że tak wygląda śmierć. To był jeden z najbardziej przerażających widoków w moim życiu. Operacje kręgosłupa są bardzo rozległe i wiążą się z dużą utratą krwi. Wiadomo. Konieczne jest przetaczanie. Wiadomo. Wszystko kuźwa wiadomo. Przed zabiegiem otrzymałam przeszkolenie, byłam świadoma, podpisałam zgodę na podanie krwi itd itp. Jednak widzieć jak z każdą kroplą z tego czerwonego worka nad głową dziecko wraca do życia - to już jest metafizyka. B. dostała trzy  jednostki krwi, jedną preparatu krwiotwórczego plus osocze. Preparat to nie wiem co to za dziwo, ale krwi Glaxo Smyt Klajn nie zrobi w laboratorium. Ani Polfarma. Ktoś musiał zrezygnować z pójścia do galerii i wybrać się do punktu krwiodawstwa by oddać z siebie coś co uratowało mojemu dziecku życie. To kompletnie zmieniło moje postrzeganie dawstwa (czy to krwi, czy organów, włosów, wszystkiego). Gdybym tylko mogła oddaać krew, mimo, że mdlejąc 15 razy, to zrobiłabym to bez wahania... Niestety nie mogę. Ale A. może i to zrobi. Żeby kogoś innego bliscy mogli stać przy łóżku ukochanej osoby i patrzeć jak z każdym mililitrem wraca do nich życie. 

KRZYCZĄC OCZAMI
Blanki mówienie przez lata było na zasadzie wiary. Czasami pewność a czasami konieczność podgrzewania tego w sobie by nie stracić przekonania, że to "to" jest. Bywały miesiące czy tygodnie, że B. pogrążona w napadach w ogóle się nie "odzywała". Bywało, że jej wzrok pokazywał tylko jak bardzo mnie nienawidzi. Czasami naprawdę ciężko było nie przestać wierzyć, że Jej oczy mówią... Aż do tej całej operacji. Coś się "odkliknęło", coś zadziało, zmotywowało Ją i nas - nie wiem. Zupełnie nie wiem jaki zadziałał tu mechanizm, ale B. od zabiegu zaczęła mówić tak klarownie, że jeszcze rok temu nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. Mrugnięcie na tak było jak strzał pysk, konkretne, nie mętne, oczywiste, takie na 100%. Zaraz po operacji, jak zapytałam czy boli. Potem czy chce, żebym przywiozła Jej ukochaną babcię. Potem czy swędzi. Czy piecze. Itd. Popłynęłyśmy. Wczoraj odwoziliśmy moją Mamę pod dom, mieszka na pierwszym piętrze, więc dla nas z B. to już dość niedostępne rejony. A Ona z auta spojrzała na górę w babci okno, potem na mnie. Potem zaraz znów w okno. Pytam "Chciałabyś do babci do domu?". Odpowiedź była błyskawiczna i zupełnie nie pozostawiająca pola na jakąś pokrętną interpretację. Tak. Blanka chce do domu do Babci. I kropka. I wykrzyknik nawet! O!
To dodało mi jakiejś odwagi, zaczęłam pytać o więcej, bardziej szczegółowo, ona stale mi odpowiada. Ma chwile, że wzrok jej błądzi ale w porównaniu do stanu z kiedyś to niebo a ziemia. Pełne porozumienie. I to uczucie, kiedy mamy swoją własną przestrzeń komunikacyjną. Cudownie.

LEKARZ, DOKTOR, MISTRZ
Jesteśmy z natury dość przekorni. Od początku wiedzieliśmy, że nie będzie operowała nas żadna z gwiazd rettowej ortopedii (a są tacy, i to na pewno fachowcy najwyższej klasy, zupełnie im nie umniejszam ale z wielu przyczyn - poza naszym zasięgiem). Zdecydowaliśmy szukać lekarza, który jest mniej znany w kręgach, ale jest doskonałym rzemieślnikiem i który niejedne kręgosłupy już z sukcesem przewiercił i ponastawiał. I tym razem zrobiłam totalnie inaczej niż mam w zwyczaju - nie pytałam, nie szukałam, nie konsultowałam się ze znajomymi. Ba! Unikałam tematu, bo chciałam podejść do sprawy tak zupełnie saute, bez oczekiwań, zbędnych pytań, jadąc na intuicji i przekonaniu, że ten oto Dr to nasz Dr. TEN a nie inny. Do dziś nie wiem co B. tam ma powkręcane i ile, bo najważniejsze jest, że pięknie siedzi, lepiej oddycha, ładnie je i co mi więcej trzeba wiedzieć. Taki znalazłam sposób na to najbardziej ekstremalne jak do tej pory doświadczenie w naszym recie i o dziwo - to było najlepsze wyjście. 
Nie sugeruję, że ci najbardziej znani lekarze są źli, broń Boże. Piszę tylko, że czasem trzeba zaufać sobie i dać szansę komuś mniej medialnemu i znanemu. 

POKORA
Kolejna gigant lekcja od B. Jestem typem dość miotającym się i ze sobą i w świecie, i też w recie ale zawsze gdy dochodzę do jakiejś swojej ściany - myślę "Agata, pokora, pokora, pokora". Czyli "bierz co los przynosi". I płyń. Nie drrrramatyzuj. Jak Ona. Wstań, otrzep się z kurzu, uśmiechnij choćby przez łzy - i idź dalej. I przyjmuj wszystko na klatę. Niby taki banał, że aż mdli ale to moje wyświechtane motto, które pomaga mi przetrwać najcięższe momenty.  

I tyle... Minął miesiąc i jest tak jakoś inaczej. Zwykły jesienny spacer smakuje nam bardziej, ten wspólny czas bez gonitwy na 8.00 rano dodaje sił. Fajna w sumie jest ta nasza rekonwalescencja :)

                                                                                           A. 
Grafika: pck

1 komentarz: