sobota, 30 stycznia 2021

Szkoła to życie

Sytuacja zapalna nastąpiła zupełnie przez przypadek. Ot zwykłe przejęzyczenie i zamiast "hybrydowo" w mailu ze szkoły pojawiło się "zdalnie" do minimum połowy lutego lub do odwołania. Dla nas oznaczałoby to tyle, że po jednym tygodniu B. wraca na zdalne, co jest absolutną bzdurą jeśli chodzi o dzieci pokroju mojej, której  najmocniejszą stroną od zawsze był kontakt bezpośredni, taki face to face (albo chociaż face to mask), generalnie - bycie z drugim (innym niż matka) człowiekiem. Z wiadomych przyczyn przez wiele, wiele miesięcy było to niemożliwe (choć orewy i wiele szkół specjalnych działa, chociaż częściowo). Nam dano możliwość bycia tydzień w szkole (po 4 godziny jak zawsze) i tydzień w domu i tak do odwołania. Przedwczoraj dostałam tego pomylonego maila, z którego dzięki pomyłce wynikało, że wracamy na zdalne i koniec nawet tygodnia co dwa tygodnie. I co zrobiłam ja? Usiadłam i zaczęłam płakać.

Samej przed sobą zrobiło mi się oczywiście głupio, bo na Boga, co ze mnie za matka że jak jej dziecka do szkoły nie wezmą choć czasem, to wpada w czarną rozpacz... Ale pamiętajmy, że zagrało tu dodatkowo kilka czynników. Mamy za sobą prawie rok pandemii, a więc nieustanny kibel. Mam też ja osobiście trudną i nadal trwającą rekonwalescencję po wydłużaniu Achillesa. I jak po 3 dniach (bo w domu miałam jeszcze Młodszą doleczającą gile) samotności po 3  godziny dziennie (odliczając dojazdy), które jawiły mi się czystą ekstazą, nagle dowiaduję się, że to koniec, to zaczyna walić mi się świat.

To nie jest tak, że mam dość mojej B. Że chcę Ją wykopać, byleby Jej tu nie było i, że sama będę wówczas wieść zajebiście bezproblemowe życie ciesząc się, że jestem wolna. Nie... W pierwszy dzień jak A. zawiózł Ją do szkoły, odruchowo ciągle nasłuchiwałam czy się nie zbudziła, zaglądałam do pokoju czy niczego nie potrzebuje. I odkrywałam zdumiona, że nie musze choć przez 3 godziny tego robić, bo w równoległej czasoprzestrzeni robi to ktoś inny. Ona jest zadbana, a ja mogę na chwilę zejść ze zmiany. Dość można mieć tej nieustannej odpowiedzialności, dziecka samego w sobie dużo rzadziej. Tego, że muszę być stale, doglądać ciągle, rozstrzygać, czy boli, czy przeszkadza. Kontrolować sytuację w każdym momencie. Dlatego jeżeli są osoby, którym mogę zaufać i powierzyć B. to to ratuje mnie jak oaza na pustyni.

Jak bardzo zmęczeni są rodzice dzieci npspr w pandemii wiedzą tylko oni sami. W większości przypadków edukacja zdalna z naszymi dziećmi to totalne nieporozumienie, zwłaszcza, że my, rodzice, potrzebujemy najbardziej wsparcia i ODciążenia poprzez zabranie czasowe naszych obowiązków, a nie dociążania się przez dodatkowe rzeczy do zrobienia do szkoły. Poza tym, dzieci często nie chcą z nami pracować. Widzą mamę na śniadaniu, przy przewijaniu, na spacerze, jak boli, jak się kąpiemy a jak widzą znów tą samą mamę, która wciska kredkę w rękę, która i tak jej nie utrzyma ani sekundy, to bardzo chętnie pokazują, że co jak co, ale tego robić nie będą i kropka. 

Dla dzieci pokroju mojej B. najważniejsze jest wyjście poza zamknięty krąg pt. "mama, dom, tato, dom, siorka". W szkole dzieje się tyle innego, ciekawszego, inspirującego, że nawet do domu, do rutyny wraca się chętniej. Tam są koleżanki i koledzy, znajome twarze, zapachy i smaki kojarzące się tylko ze szkołą. Dzwonek, piosenki, wspólne śniadania i drzemka na materacu. Przejażdżki na reha i z powrotem, panie logopedki i cyberoko. Kawałeczek życia, takiego tylko i wyłącznie Jej. Wszystko czego zdalnie nie da się przekazać. 

Dlatego jak otrzymałam info, że to pomyłka i że za tydzień idziemy znów na tydzień do szkoły to otwierałam już piccolo. Dla Niej to tak ważne jak dla mnie. A szczęśliwa Rettka to szczęśliwa mama, tak samo jak odciążona i choć trochę wypoczęta mama to szczęśliwsza Rettka. 

Szkoły i normalności. Tylko tego, oprócz zdrowia, nam trzeba. 


                                                                                                        A. 


Grafika: https://ruinmyweek.com/

3 komentarze:

  1. Oj! U nas takie cudo (hybryda - 1 tydzień w szkole, dwa w domu) wymyślono pod koniec sierpnia. na kila dni przed powrotem dzieci do szkół (wtedy wszyscy wracali normalnie, a nam chcieli to zabrać). Postawiliśmy się, napisaliśmy przepiękny list protestujący z podkreśleniem tego, o czym piszesz i udało się. Dzieci wróciły normalnie do szkoły, no prawie normalnie, bo szkoła "zachęca", żeby kto może zostawiał dzieci na tydzień w domu... ponieważ nie ma wtedy żadnego onlajna ;) ani nic, tzn dzieci dostają materiały do samodzielnej (ha ha ha) pracy w domu,po jednym takim tygodniu, kiedy Młoda siedziała gapiąc się w komputer, napisałam że mnie taka wersja nie interesuje, w klasie jest całe 3 sztuki (niestety klasę łączą w 1 sali z inną klasą, ale to i tak razem tylko 7 dzieci) i że jak nie ma online, to sorry, dziecko będzie w szkole... no i jestem wrogiem nr 1, szykany na każdym kroku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przejebane po prostu... nie da sie podsumowac inaczej 🙃

      Usuń
  2. Ja też tak mam, zawsze. Palpitacje serca na myśl o extra-dniach wolnych, Święcie Lasu, Święcie Patrona albo np. trzech dni wolnych z okazji Karnawału w full pandemii plus Środa Popielcowa wolna gratis...(w przyszłym tygodniu tak mamy juhuuuu) Trafiłaś w samo sedno - to nie to, że chcę się pozbyć E. z domu, ale te trzy godziny w szkole to full regeneracja dla nas obu...Dzięki za ten post, podpisuję się obiema rękami...

    P.S. Co za ulga że to pomyłka z tym zdalnym dla B.! Uffff <3

    OdpowiedzUsuń