Bez opinii i doświadczeń innych z tej samej branży nie da się postawić pierwszych kroków. Masz małą rozdartą rettkę a wszyscy wkoło pieszczą te dziwne, zdrowe dzieci. Nie powiesz im, że Twoja udaje godzinami szatana drąc się i chodząc po ścianach albo, że pić z kubka nie nauczyłaś od lat. Oni nie zrozumieją. Bo mają kompletnie inną rzeczywistość niż Ty. Ci, którzy utopieni są w tej samej, pomogą. Wysłuchają, wesprą, pożartują, po prostu będą. To bezcenne. Na początku to ratuje życie, wiem, bo jest kilka mam, którym sama osobiście wypiłam litry krwi czując jak grunt pod tytułem zdrowe, normalne macierzyństwo, osuwa mi się spod nóg. One miały wtedy cierpliwość. Miały czas. Oddały mi część swojego życia i swoich historii. Ofiarowały tak dużo... Nie zapomnę tego nigdy, bo gdyby nie one, to może już by mnie dawno nie było. Ale ten okres konsultowania wszystkiego mija, i dla swojego i ich dobra trzeba w pewnym momencie się rozstać. Tak mentalnie. Stanąć na własnych nogach i zacząć podejmować swoje decyzje bazując na swojej wiedzy i doświadczeniu. A im z kolei dać czas odbudować utraconą krew tak by mogły zdecydować, czy mają siłę pomóc w to wejść jeszcze komuś. I tu jest ta cała pułapka. Bo albo im albo nam, albo i co gorsza - obu stronom, nie tak łatwo zmienić nawyki.
Ludzie chcą radzić, chcą pomagać, przekazywać swoje doświadczenie, i to jest błogosławione, zwłaszcza na początku. Ale później już niekoniecznie... Bo ich prawda to jest zawsze tylko i wyłącznie ICH prawda a nasza jest nasza i kropka. Im jestem starsza (też rettowym doświadczeniem) tym mniejsze mam skłonności do doradzania wszystkim we wszystkich możliwych kwestiach. Jasne, jak ktoś zapyta to proszę bardzo, ale zawsze podkreślam, że ten rett co ja go mam to jest tylko mój i coś co u nas działa super u kogoś może być katastrofą. I ja za to odpowiedzialności nie biorę.
Jak ciągle słyszysz co lepsze, co powinnaś, że to tylko tu a tamto tylko za tyle to Cię w końcu trafia. Albo, jest też druga opcja, może i bardziej toksyczna, sama z siebie bez porady forum takiego czy innego nie jesteś w stanie podjąć nawet najprostszej decyzji. Ciągła zależność od opinii i porad innych osób jednak trochę ubezwłasnowolnia, mimo, że z pewnością chcą dla Ciebie jak najlepiej.
Mam na koncie kilka odważnych decyzji dot. mojej osobistej córki z rettem, które nie były dyskutowane publicznie ani wpisywały się w klimat mainstreemu. Nie tylko rettowego świata ale niepełnosprawnego ogólnie albo nawet tu, mojego lokalnego (rodzina, znajomi). Coraz rzadziej się pytam o zdanie innych bo, pierwsze primo, nie potrzebuję już truć ludziom doopy swoimi dylematami, które mam, miałam i mieć będę bo taka natura człowieka i po drugie - i tak decyzja będzie należeć do mnie, bo okoliczności są unikatowe, tak jak i konsekwencje, które będę z B. musiała ponieść sama. Ciągle jednak są ludzie, którzy zupełnie nie proszeni i co najgorsza - obcy, chcą mi radzić. I jedyne co mogę to uśmiechnąć się i powiedzieć "sorka, z B. jużeśmy se to obgadały co i jak robimy". Bo tak naprawdę tylko Ona i jej zdanie zawsze będzie miało wpływ na moje decyzje i obie musimy sobie zaufać. Ona mi, że nie rypnę nam jakiegoś samobója i ja Jej, że jak mruga mi okiem na "nie nie niee" to wie po co mruga a nie, że mucha wleciała jej między rzęsy. To co myśli i czuje Ona jest dla mnie kluczowe w podejmowaniu każdej, nawet najmniejszej, decyzji. Zdanie kogoś z zewnątrz, choćby nie wiem z jak szczerego serca, jest jednak zawsze z zewnątrz.
A.
Grafika: https://www.aliconferences.com/giving-advice-doesnt-work-for-me/

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz