To nie jest tak jakby się można było spodziewać, że nie mam większych problemów, bo niestety stale mam - rett z czasem i wiekiem wcale nie robi się uprzejmiejszy tylko dodaje wyzwań i zagwozdek. Lekko ponad dwa lata temu dodał mi też to, zakropkowaną wersję mojej ślicznej i gładkiej B. Nie było i nie jest to łatwe zwłaszcza jeżeli pochodzi się z rodziny gdzie i matka i ojciec mieli jednego pryszcza raz na rok i już wtedy nie chcieli iść przez to do szkoły.
B. zaczęła dojrzewać już dawno temu, pewnych rzeczy nie udało się zatrzymać a cały proces szedł jak błyskawica i przyniósł co nieuniknione. Ciało B. tak jak nasza psychika dość szybko nawyknęło, a jedyną rzeczą, której w związku z dojrzewaniem nie udało nam się kompletnie ogarnąć była i nadal jest cera B. I to okazało się niestety nie tylko kwestią estetyczną. Krostki, krosty, ropnie, strupki, pieczenie, swędzenie, grudki, stan zapalny itd itp, to wszystko zaczęło z każdą kolejną nieskuteczną metodą doprowadzać mnie do rozpaczy... Bo jak to tak, taka ładna panienka a wygląda jakby madka w ogóle o nią nie dbała. Każdy wyprysk boli, wkurza, denerwuje i jakby samego retta było mało, że jeszcze musi znosić to. Buzię widać, to jakby nie było najbardziej widoczny element wizerunku, ale na przykład plecy? Cały czas zasiane, zabąblowane, ze stanem zapalnym nie są niczym fajnym przy ciągłym zalewaniu ich oliwkami, dotykaniu i masowaniu (czyli też roznoszeniu bakterii) przy okazji rehabilitacji, którą B. ma przecież stale. Całkiem niedawno poczułam, że jestem w tej kwestii w czarnej d. i totalnie bezradna i że tu już nie pomoże maseczka z drożdży i herbatka z bratka.
Próbowałam wszystkiego co dostępne bez recepty. Od maści, przez kremy, toniki, octenisepty, szałwie, benzacne, acne-dermy, bioolejki, herbatki (to to w ogóle porażka, bo B. aż cofa na smak jakichkolwiek ziół), kremy za całe sto złotych, przez takie za mniej ale bez sls, chemii, zapachu, koloru, po takie ze śluzem ślimaka, srebrem koloidalnym i Bóg jeden wie czym jeszcze. Skóra zwłaszcza twarzy była przez ponad 2 lata w opłakanym stanie, z mega ilością wyprysków, rozhulanym i czerwonym stanem zapalnym, ciągle podrażniona, sucha a tłusta, pozatykana i naprawdę nieszczęśliwa. A wraz z nią B. i ja. Bo B. wie, że jest śliczna i mimo, że ładnemu ze wszystkim ładnie, nawet z całą twarzą pryszczy to jednak obie wolałybyśmy choć trochę bez nich.
Aż dwa lata zwlekałam z wizytą u dermatologa bo wydawało mi się, że w końcu trafię na coś czym ukoję tą biedną buźkę i nie będą to metody hardcorowe, ale niestety nie udało mi się. Bywały kremy lepsze, które choć minimalnie poprawiały stan skóry i zwykle kosztowały krocie ale po ich odstawieniu skóra B. wracała do stanu wyjściowego. Po kolejnej próbie nowego smarowidła z kwasami i dużym podrażnieniu koło oka uznałam, że koniec. Umawiamy się do dermatologa i niech się dzieje co ma się dziać. Jak powie, że to hormony, że brak możliwości użycia metod jak u zdrowej osoby i nic się nie da zrobić, to się poddamy. Kupimy fluid i na specjalne okazje będziemy szpachlować, i trudno. Ale jeżeli można jeszcze coś zrobić to działamy, nie ma bata.
Dr trafiła się dość kumata i otwarta na wymogi retta. Przedstawiłam jak to jest z B., co można a czego nie a tego drugiego jest niestety całkiem sporo. Np to czym myjemy twarz trafia też do oczu, inaczej spłukać się nie da. Kremy i maści które szczypią lub za mocno pachną - to samo bo B. wciera to wszystko w oczy a potem robi się okulistyczny dramat. Bywało tak nie raz. Oczyszczanie, szorowanie i peelingi traktuje jako zamach na swoją osobę. Dr pomyślała i zaproponowała antybiotyk, doustnie lub miejscowo, a najlepiej razem. Trochę nam zajęło wybranie takiego, który bierze się stosunkowo mało i łagodnie (choć długo, ale to typowe dla wszystkich doustnych terapii trądziku) i który nie idzie w kolizję z Blanki lekami na epi. Jeśli chodzi o miejscowe środki - ani piekące, ani o mocnym zapachu, udało się wybrać dwie maści. I rozpoczęła się trudna walka, bo naprawdę wiem, że ludzie latami walczą z trądzikiem a czasami rezultatów i tak nie ma. Ale, że ćwiczyłam na recie (gdzie też się walczy latami i rezultatów nie ma) to mnie to jakoś nie zraziło. Chciałam i czułam, że musimy spróbować, choć mam tu kilku najbliższych co pukali się w głowę. Bo wydziwiam, bo antybiotyk ją osłabi, bo i tak to nic nie da, bo po co itd. Ale uznałam, że robię swoje, mama jest przecież po to, żeby pomóc a B. mówi, że to przeszkadza i jak mija narzeczonego w szkole to jej głupio, że ów widzi jej lico w takim stanie. Nie było opcji żeby nie spróbować.
Nie powiem, że jest łatwo. Samo szykowanie skóry B. na kremy wieczorem trwa. Trzymanie jej rąk i zajmowanie czym innym po kremowaniu też zżera trochę energii, której wieczorem nie mam jakiś wielkich zapasów. Trzeba pilnować ochrony przed słońcem, filtry 50 i cień (dopóki trwa leczenie, a potrwa od 8 do 12 tygodni). Ale obie się przyzwyczaiłyśmy, i ja i B. To dopiero lekko ponad 3 tygodnie ale efekty są jak dla mnie piorunujące! Wiem, że to nie musi tak być na zawsze i może to tylko chwilowe zaleczenie, ale mam to w nosie, widzieć tą skórkę tak czystą, nie czerwoną, bez rozhulanego stanu zapalnego - bezcenne. B. wie jak jest dobrze, widzi się w lustrze i chętnie podziwia swoje nowe oblicze, słyszy komplementy i w domu i w szkole. I chyba jej samej jest z tym lepiej, że buzia to buzia a nie jeden wielki bolesny i czerwony krater wulkanu.
![]() |
| 3 tyg po, przed nie pokażemy ;) |
Wiem, że różnie może być bo hormony to hormony ale może chociaż uda nam się znaleźć sposób by działać objawowo w razie pogorszeń. A na razie odpoczywamy, podziwiamy, smarujemy i się nie poddajemy. Z tego wszystkiego zapomniałam, że mi też by się przydało coś solidnego na zmarchy 40 +.
A.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz