sobota, 3 kwietnia 2021

Wszyscy mają mambę...

Dwa, trzy tygodnie wcześniej czułam już dość wyraźnie, że pętla na gardle zaciska się coraz bardziej. W końcu którejś marcowej środy, na pytanie Mamy czy wychodząc zabrałam: 1) maskę ffp ileś, 2) rękawiczki jednorazowe, 3) odkażator, 4) stalowe nerwy, odpowiedziałam, że dooość!, rok minął i mam już naprawdę dość tego czekania. Następnego dnia wstałyśmy razem z B. z gorączką. 
Skąd przyszła nasza korona - nie wiem. Nie polizałam ani jednej klamki, nie łaziłam po ludziach, zachowałam wszelkie sanepidowskie standardy a i tak przyszło. Przez te niecałe trzy tygodnie covidowania wydarzyło się tak dużo... I trzeba przyznać, że zdecydowanie więcej w mojej głowie niż realnie. Bo gdyby można było gonitwę myśli przerabiać na energię elektryczną, to zaopatrzyłabym całą wioskę w prąd na co najmniej trzy miesiące. 

Największym wyzwaniem dla mnie było ogarnięcie lęku, zwłaszcza jeśli chodzi o B. i wszystko tak szumnie zwane "chorobami towarzyszącymi". Zdrowy organizm nie wie jak zareaguje w starciu z koroną a co dopiero organizm z rettem i tak ciężką padaczką. Tego baliśmy się najbardziej. Dni od wyniku pozytywnego (u wszystkich poza Mniejszą, bo zerowe objawy i dzieciak, więc szkoda kasy NFZ-tu) do około 10 doby były najtrudniejsze. Wiedzieliśmy, że  załamanie formy któregoś z nas może przyjść i owszem, ono nastąpiło, i to kilka razy ale na szczęście tylko u mnie. B. obleciała na 2 dniach temperatury w granicach 37,5 i przespaniu całego tygodnia a Mniejsza i A. zupełnie bez niczego. Mnie trochę przeczochrało, ale  raczej niestandardowo, bo piekącym i bardzo mocnym bólem zatok i ogólnym brakiem sił. Jednak to strach o najbliższych był najtrudniejszych aspektem całej tej przygody i ogarnięcie swoich emocji będzie głównym punktem programu mojej terapii po covidzie. Ale przetrwaliśmy i to gówno obeszło się z nami naprawdę łagodnie, to jest zdecydowanie coś za co można być wdzięcznym.

Całej tej kwarantanny wyszło dość dużo i to były na pewno dni, których nie zapomnimy nigdy. Trochę jak jazda kolejką górską, parę napadów paniki, przerażenie ale też kilka chwil wyjątkowych, ogromne wsparcie od rodziny i sąsiadów. W końcu czas na wspólne malowanie po numerach, gotowanie, na spokojną rozmowę. Mimo, że na początku nie było łatwo, bo stres robił swoje, to szybko przestawiliśmy się na tryb tu i teraz i naprawdę nie żałuję tych dni. Ba, dużo mi dały. Refleksji, docenienia tego co mam i świadomości jak łatwo to stracić. 

Zaczynają się święta, dla nas na całe szczęście - już zdrowe. Szczęśliwie nie zaraziliśmy pół świata i najważniejsze - mojej Mamy, o którą, poza dziewczynkami, bałam się najbardziej. Mimo, że siądziemy jutro do stołu w okrojonym gronie, to pamiętajmy - najważniejsze, że mamy siebie. Kasia Wilk śpiewała kiedyś coś co jest najprawdziwszą z prawd - "Mamy siebie, mamy tak wiele, mamy to szczęście, że mamy siebie." /Mezo & K. Wilk "Mamy siebie"/.

Zdrowia nam wszystkim, Kochani! Jeszcze będzie pięknie.


                                                                                         A. 


Grafika: se.pl

1 komentarz:

  1. Jeszcze będzie normalnie ����✌����

    OdpowiedzUsuń