Ten wpis miał się zaczynać błyskotliwym wstępem, kończyć trafną pointą a pomiędzy nimi miała być cała masa ciekawych myśli i mądrych zdań. Głównie o tym jaka B. jest fantastyczna, silna i niezłomna a ja w tresurze retta dochodzę właśnie do poziomu masters. I dupa. Zgodnie z coroczną tradycją - końcem listopada się rozsypałam, nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Trzy ostatnie wieczory obficie podlewam łzami poduszkę i mimo kilkunastu lat z rettem znów tak bardzo mam chęć krzyczeć w chmury - Dlaczego??? Dlaczego Ona... Wisisz mi chyba jakieś wyjaśnienie...
Mówi się, że rozwój to nie prosta, tylko coś w rodzaju spirali; trzy kroki do przodu, dwa do tyłu. Albo, że każdy kryzys funduje nam jakiś bonus, dodatkową naklejkę dzielnego pacjenta życia czy belkę na pasie walki z codziennością. Jest też motyw japońskiej sztuki klejenia popękanej porcelany (Kintsugi), której moc i piękno tak naprawdę płynie z pięknie złożonych znów do kupy kawałków i podkreślonych spoiwem łączeń. Tak widzę siebie. W moich bliznach siła, choć są dni, że każda z nich pali mnie jak błyskawica na czole Harrego Pottera. Właśnie teraz, w rocznicę początku mojej największej i najtrudniejszej przygody bycia mamą tej wyjątkowej dziewczynki czuję to najmocniej. I w końcu się tego nie wstydzę. To czas radości z Jej urodzin ale tym samym moment na wymiecenie z zakamarków duszy całego żalu i smutku. Końcem listopada zawsze wracam do dnia, kiedy to wszystko się zaczęło i nic nie miało już być takie samo.
21 listopada trzynaście lat temu, wraz z pierwszym śniegiem 2008 roku świat poznał pannę B. i był to naprawdę dzień wyjątkowy.
Tych kilka pierwszych dni pamiętam jako jedną wielką euforię, która przysłoniła wszystko inne. Nic nie poradzę, może moja psychika wyparła pęknięte i nacięte krocze tak skutecznie, że wspominam ten okres jako jedną wielką fetę radości i spełnienia. Po tylu miesiącach marzeń i oczekiwań moje największe pragnienie się zmaterializowało. Tak całkowicie realnie miałam ją przyczepioną do cycka, ciut dalej a jednak jeszcze bliżej centrum serca i duszy. Miałam córkę. Idealną, wymarzoną, najlepszą na całym świecie. Nie pamiętam matek z łóżek obok ani porozgryzanych sutków, nie umiem określić innych faktów z tamtych dni, pamiętam tylko jak szczęście zalało mnie i wywaliło z orbity skuteczniej niż najmocniejsze dragi. Pamiętam jak pierwszy raz pokazałam Ją psu, pierwszy raz zapakowałam do wózka na spacer, i jak szłam przez osiedle z tym wózkiem czując się jak Królowa Elżbieta i wszystkie królowe życia razem wzięte. Emocje o mocy największej jaką doświadczyłam, takiej najbardziej pozytywnej, ekscytującej jaką tylko można sobie wyobrazić. Dlatego gdy przyszedł po Nią rett - serce mi pękło. I pęka w okolicach końca listopada do dzisiaj.
***
Tomas Navarro, autor poradnika "Kintsugi. Jak czerpać siłę z życiowych trudności" pisze o niej tak: "Gdy uszkodzi się ceramika, mistrzowie kintsugi naprawiają ją, używając złota oraz pozostawiając ślady swoich działań, ponieważ ich zdaniem taki przedmiot jest jednocześnie symbolem kruchości, siły i piękna." Ten "złoty ślad" jest tu kluczowy. Nie tylko naprawia on przedmiot i przywraca dawną funkcjonalność, ale też nadaje mu szlachetnej wartości. Japończycy nie ukrywają więc "blizn", ale wręcz wydobywają je na zewnątrz, podkreślając ich wyjątkowość. /Elle/
***
Dzisiaj płaczę. Chcę żeby była zdrowa.
Nie zgadzam się na retta.
Nie zgadzam się na Jej cierpienie. Na naszą bezsilność.
Na wykańczającą walkę. Na niszczycielski wpływ tej pieprzonej choroby na Jej ciało i duszę.
Na pokrzywione paluszki i smutne oczy.
Na ból niezrozumienia i nigdy nie wypowiedziane słowa.
Na nienaganne podeszwy nieużywanych do chodzenia butów i na latarenkę Szczeniaczka Uczniaczka jako prezent na 13-te urodziny.
Na napady padaczki.
Na tony leków, których już nie może i nie chce połknąć.
Na śruby w stopie i stalowy kręgosłup.
Na to, że nigdy nie dowie się jak smakuje pierwszy pocałunek.
I nie przystawi swojego nowonarodzonego dziecka do piersi.
Nie zgadzam się na to, że nie zawiozę Jej nigdy na studniówkę i nigdy nie odbiorę podpitej po imprezie.
Że nie nauczę Jej prowadzić auta.
Że nie dołożę Jej do pierwszego mieszkania.
Że nie będę płakać na Jej ślubie.
Nie zgadzam się na to!
Jutro wstanę, usłyszę jak gada po swojemu, odsłonię rolety i powiem "No maleńka, dziś twoje sweet thirteen!" Równo w godzinę jej urodzenia (nie inaczej - o 13.00) wycałuję całą od małych pokrzywionych paluszków i nieużywanych stópek, do samego czubka obsypanego młodzieńczym pryszczem czoła. Wykocham, wytulę, odpalę świeczki na torcie i zaśpiewamy Jej "Sto lat!" Blance, mojej wyjątkowej i silnej jak mało kto Córce, z której jestem dumna każdego dnia. W myśli pewnie dodam rettowi "A Tobie ch w d" ale o tym już nikt nie musi wiedzieć ;)
A.
P. S. Jako, że w ostatnim czasie zajmuję się głównie dobieraniem kawałków swojej rozsypanej duszy i zalepianiem jej jakimkolwiek lepiszczem, złoto nie musi być, nie przesadzajmy, to pewnie nie uda mi się napisać fajnego i mądrego tekstu dziękującemu Wam za Wasze wsparcie ale też 1% , który Lala już ma na swoim subkoncie. Napiszę prosto - dziękujemy. Z całego serca i nadwątlonych mocy. Dla nas to bardzo bardzo wiele.
Posklejam się jeszcze raz i za dwa dni będę jak nowa, nie ma obaw, mam w tym już wprawę :)
Grafika: ipinimg.com, o Kintsugi: www.elle.pl


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz