niedziela, 14 listopada 2021

Ona i ja

Całe lata świetlne zajęło mi zrozumienie, że ona jest najważniejsza, bo bez niej nie pociągnie nic. I, że muszę o nią dbać, tak samo jak o najbliższych albo nawet i bardziej. Przecież nie zrobi tego za mnie nikt... Ona i ja to jedno. 

Ile razy słyszała - nie, nie masz racji, gówno wiesz, robimy tak jak mówi X, Y albo Z. Tysiące jak nie miliony razy olewałam to co mi szepcze; żaden z niej autorytet. Z każdym kolejnym razem mówiła coraz ciszej i ciszej, aż zamilkła zupełnie a ja musiałam z bólem odkryć, że wcale nie żyję tak jak chcę tylko tak jak każe mi wszystko inne i wszyscy inni. Największym punktem zwrotnym był dzień, w którym, będąc grubo po 30-tce, zauważyłam, że nawet nie wiem co tak naprawdę lubię, co mi się podoba a co nie. Ale ta, która to wiedziała doskonale zawsze słyszała - "Zamknij się, głupia, nie wiesz co gadasz". 

Jak mamy 2, 3 lata ten głos jest silny i odpala jak z racy głośnym "nieeee!!!" Nie i kropka. Dwulatka się nie pierdzieli, nie zastanawia co wypada, co nie, bo bezwzględnie słucha siebie. "Nie" znaczy "nie", i nie przekonasz. Potem wchodzą do akcji rodzice i przekazują pewne ograniczenia, z którymi trzeba się liczyć słuchając swojego "ja". Ale jeśli rodzice wychowują mądrze (co wcale nie znaczy idealnie, przecież sami nie są idealni, tak jak dziecko i ich relacja) to nie pozwalają dzieciakowi tego głosu zabić. Kiedyś były inne czasy, inna świadomość tego jak ważne jest dbanie o własne "ja"... I, że to JA ma być naszym głównym punktem odniesienia i drogowskazem w dorosłym życiu (pełnym dylematów, trudnych decyzji i wymagających odwagi kroków). Właśnie JA musi zaakceptować podjętą decyzję jako pierwsze, JA ma być zapytane również jako pierwsze, i co najważnejsze - Ono musi wiedzieć! A nie będzie wiedzieć ani co lubi, ani czego chce ani na co się zgadza jeżeli ten głos będzie latami zagłuszany przez "ja" innych, nie tylko rodziców. Bo jak się od pieluchy słyszy co się powinno, w czym nam dobrze, czego nie wolno, co jest super, co jest be to można naprawdę zwariować. Bo JA ma się tylko jedno i ono naprawdę nie jest w stanie zadowolić całego świata, jego oczekiwań i gustów. Zwłaszcza, że tak naprawdę ma zadowolić tylko jedną osobę w całym Wszechświecie - nas samych. 

Moja historia jest trochę skomplikowana. Dorastałam i uciszałam latami wewnętrzny głos też z tej przyczyny, że mam w najbliższej rodzinie przykład jak robienie sobie dobrze, za przeproszeniem, może przybrać patologiczne oblicze. "Byleby cieszyło" mawiał mój ojciec i tak też żył, nie zważając na innych. Urodziłam B., jeszcze coś tam cieszyło, ale jak objawił się rett to cieszyć przestało. Być dziadkiem takiej wnuczki?! No przepraszam, przegięcie. Przestało cieszyć, dziadek zniknął i wydaje się, że już nie wróci, za wiele lat minęło. Wiedząc to wszystko gdzieś podświadomie bałam się dogadzać mojemu wewnętrznemu "ja" dlatego żeby nie obudzić się któregoś ranka takim narcyzem i egoistką jak on. Niestety taka jest prawda. Wolałam olewać siebie, strugać bohaterkę i nie prosić o pomoc, lekceważyć swoje potrzeby i marzenia, żeby nigdy, przenigdy nie powielić tego schematu. Ale przyszedł moment, że moje "ja" się zbuntowało. Było zabiedzone bardziej niż psy ze schroniska i zupełnie nie pasowało do czystych i zadbanych dzieci, męża i domu. "Ja" rozpaczliwie wyło, że albo je w końcu zacznę brać pod uwagę albo wylądujemy w psychiatryku. No i w gruncie rzeczy chyba niewiele brakowało. 

Najgorsze już dawno za mną ale duszę mam, że tak powiem, ciągle w czasie rekonwalescencji. "Ja" jeszcze trochę obrażone, że tyle lat było dla mnie ostatnim na liście do zaaprowizowania, uszczęśliwienia i zadbania ale robię wszystko by z powrotem się przede mną otworzyło. U progu czwartej dekady życia zaczynam dowiadywać się co lubię, co mi się podoba, co jeszcze chciałabym zrobić, o czym marzę. Bywa, że siadam z herbatą i tak sobie gadamy, jak kobieta z kobietą, dwie najbliższe osoby. Ja wewnętrzna i zewnętrzna. Bardzo są to odkrywcze rozmowy... 

Jak się ma dziecko z tak głęboką niepełnosprawnością jak B. to siłą rzeczy akcent i focus jest na nim, nie ma rady, tak po prostu jest. Jej nie nauczę słuchać siebie przy życiowych wyborach... Ale mam tu też 7-letnią pannę, która na przykład w listopadzie wychodzi na dwór w leginsach 3/4 i balerinach bo tak jej podpowiada wewnętrzny głos. I już moja rola w tym jak tu tego głosu nie zagłuszyć jednym "pogięło Cię?". Zamiast tego trzeba pomóc dać mu zakumać, że akurat ten pomysł jest ciut do bani ale żeby nie ustawał w szeptaniu jej co według niego jest dobre. Dla niej dobre! Nie dla mnie, bo od tego to ja mam swój głos wewnętrzny. To ogromna pułapka zawsze o wszystko pytać mamy. Owszem, mama wie dobrze a czasem nawet najlepiej, ale jednak w pewnym momencie życia należy pierwszeństwo głosu dawać sobie. Często Mniejsza pyta mnie czy coś mi się podoba a ja wtedy odpowiadam pytaniem czy podoba się jej. Albo jak nie wie co ma zrobić staramy się kierować to pytanie najpierw do jej środka. Czasem wkurzam ją przy kolejnym zapytaniu co ma wybrać mówiąc "A pytałaś tej swojej (tu jej imię) w środku?" Zwykle się śmieje i odchodzi, bo wie, że to jest rzecz o której musi zdecydować sama; odnosząc się do siebie i wspierając swój własny wewnętrzny głos. Właśnie teraz jest ten czas żeby go kształtować. Jakby nie było to on ma ją później prowadzić przez życie a nie to czy mamie albo tacie się jej wybory podobają. 

Moje zauważenie siebie ma na przykład taki efekt, że od 3 miesięcy jestem co tydzień na basenie. Z wyłączonym telefonem, z totalnym relaksem pod wodą, na wodzie i w jacuzzi. Jedna godzina, tylko i aż tyle. Bez retta, odpowiedzialności, spełniania zachcianek i wychodzenia na przeciw oczekiwaniom. W przeszłości podejmowałam nieudolne próby wyszarpywania czegoś dla siebie ale podstawowe założenie było błędne i to się wtedy kompletnie nie mogło udać. Szybki wypad posranej matki z telefonem przy uchu do biedry po schabowe nie mieści się w kategorii "Zrób coś fajnego dla siebie". Zakupy i kotlety to obowiązek. Ciągłe dzwonienie czy żyją - bez sensu. Przepraszanie, że mamusia wyszła tak bez dzieci i z podkulonym ogonem je po powrocie przeprasza? Paranoja. Ale do tego trzeba dojrzeć... Trzeba poczuć swoją wartość. Też wtedy kiedy się nie jest w akcji, nie ratuje dziecka z napadu, nie sprząta domu, nie ratuje świata z powiewającą peleryną superbohaterki. Prawda, że najłatwiej poczuć swoją wartość, gdy widać namacalnie efekty naszych działań? Ja tak miałam latami. Ginęłam gdy przestawałam działać. Znikałam jak nie robiłam nic, więc ze strachu, że rozpłynę się w nicości i nigdy już nie zasłużę na medal super-matki, żony, córki, itd robiłam więcej, więcej i jeszcze więcej, oczywiście dla innych, domu, dobra sprawy itd. Aż zajechałam się kompletnie. Pozwoliłabym zrobić to któremuś z najbliższych? Nie! Ale sobie robiłam to bez mrugnięcia okiem. I to musiało się beknąć. Znienawidziłam siebie tak bardzo, że bez względu na to co robiłam, ile robiłam i jakie decyzje podejmowałam czułam się ch.jowa a mój wewnętrzny głos umiał tylko dowalać mi bynajmniej nie komplementami.

Dużo się teraz (albo w końcu) mówi o nas, kobietach, naszych prawach i bezprawiach... Ale ciągle tak mało o tym, że musimy porzucić kajdany zadowalania wszystkich wkoło. Zawsze wściekała mnie ta opowiastka o spadającym samolocie i psychodelicznej matce, która ma sinego dzieciaka na ręce i sama pierwsza wdycha tlen z maski. Ale tak to jest naprawdę! Nie pojedziesz długo jak sama tego tlenu sobie w płuca nie walniesz. Najpierw Ty, potem reszta. Bo TY jesteś najważniejsza i jak to mówi reklama - jesteś tego warta; tego, tamtego i wszystkiego. A czym jest to wszystko? Usiądź dziś z kawą/herbatą/winem/kubusiem i zapytaj się gapiąc w lustro - "No, maleńka, co dziś robimy żeby Cię uszczęśliwić?"

To wymaga wprawy, uporu i odwagi ale warto. Przysięgam, że warto.

                                                                                                      A. 


Grafika: best-wallpaper.net






1 komentarz:

  1. Ładnie i prawdziwie jak zawsze<3 czytam wiernie od lat, rzadko komentuję, a jeśli już to zawsze napiszę, że czekam na książkę. Boś zdolna nieprzeciętnie! Także trzymam kciuki za Twoje wewnętrzne 'ja' może Ci kiedyś o tej książce szepnie słówko;) pozdrawiam serdecznie Paulina

    OdpowiedzUsuń