wtorek, 18 stycznia 2022

Świadomość

Nie będziemy mydlić sobie oczu, że jestem na ostatnim levelu mistrzostwa zen i wiem już w całokształcie i oślepiającej jasności jak grać w życie. No nie, nie wiem. Co więcej - całe pojęcie rozwoju osobistego było mi przez większość mojego życia tak obce jak techniki robienia sushi albo połowu ryb. I dodatkowo - co świadczy tylko o tym, że to był mój słaby punkt, śmiałam się ze wszystkich, którzy z zapałem szukali siebie w sobie albo sensu tego całego kotła na zewnątrz. Aż doszłam do ściany tak bolesnej, że to czy zacznę pracę ze (i nad) sobą nie było już kwestią życiowej finezji i ekscentrycznych zainteresowań tylko oznaczało "być albo nie być". Nie boję się  nazwać tego jeszcze mocniej - to była sprawa życia lub śmierci. Nie samobójstwa, tylko wegetacji; takiego życia za karę.  Rett temu bardzo sprzyja, nie ma co. A ja tak nie chcę.

Niestety to nie jest tak, że się przeczyta mądrą książkę z wiedzą tajemną i już wie wszystko. Można przeczytać ich milion i dalej być ze sobą w czarnej dupie, w której ja zresztą bywałam nad wyraz często i, którą nadal raz na czas odwiedzam, no nie inaczej. Stare przyzwyczajenia robią swoje ;) Przyszedł taki moment, że każda taka wycieczka męczyła mnie coraz bardziej a i wrócić na jasną stronę mocy było mi coraz trudniej. Dlatego postanowiłam zawalczyć o bardziej świadomą codzienność, bardziej świadomą siebie i życie, w którym się autentycznie bierze udział a nie stoi jak ciul gdzieś obok i nie wiadomo na co czeka. Jakby nie było - drugiego nam nie dadzą. 

Cała próba dogrzebania się do siebie, po to by życie bolało mniej a cieszyło jak najbardziej to długi, czasem bolesny i wieloetapowy proces pochłaniający i czas i energię i emocje. Nie ma bata, to wymaga wysiłku ale też akceptacji, że z każdymi dwoma krokami wprzód dostaje się gratis jeden wstecz. I to też trzeba umieć przyjąć. Jak również to, że mistrzostwa nie osiągnie się nigdy bo i cała gra nie o to się toczy. Gra się ma toczyć dla samej gry a nie dla spektakularnego zwycięstwa na końcu, którym Bóg jeden wie co by mogło być. Cele muszą być realne. Nie ma co zakładać, że się nagle stanie szaolinem z 3-godzinnymi sesjami medytacji dziennie. Mi nie o to chodziło, zresztą to nie ja, mam za żwawą naturę i uosobienie, żeby dać się sama sobie nabrać na takie surrealistyczne wizje. Założyłam więc kilka głównych punktów, nad którymi będę pracować i które jestem w stanie osiągnąć i konsekwentnie (mimo drobnych porażek) to robię. 

Z wielu rzeczy i procesów w naszych głowach jako laicy nie zdajemy sobie sprawy. Powtarzamy błędne schematy, biegamy w miejscu, szarpiemy się i miotamy. Są tacy, którzy w swoich gorszych dniach usiądą, ciężko westchną, przetrwają i czekają na dzień kolejny. To niestety nie ja. Od momentu, w którym rett okazał się u B. zaczęłam czuć jak ogromne to będzie wyzwanie dla mnie osobiście. Jak trudne może okazać się to by chcieć żyć... Nie mam na myśli żadnych rozwiązań ostatecznych, chodzi bardziej o życie z niską zawartością życia, o egzystencję polegającą na obsłudze tych, których obsłużyć trzeba i myśleniu rano jak tu dożyć do wieczora, żeby móc zasnąć i choć chwilę tego wszystkiego nie czuć. Tej beznadziei, zmęczenia, znużenia i wszechogarniającej szarzyzny. Znane mi są te stany aż za dobrze. 

Najmroczniejsze momenty mojego życia to chwile, w których z powodu zewnętrznych okoliczności (w ogromnej większości retta) traciłam kontakt ze sobą. Niejako pozwalałam, żeby ból i niemoc rozwalały mnie na drobne kawałki. Nie słuchałam wcześniej jakie sygnały wysyła mi ciało i dusza lekceważąc je na potęgę. Jak żyć nadal nie wiem, ale wiem już w dużej mierze jak nie żyć. Właśnie nie tak. Nie od, za przeproszeniem, dupy strony. Olewając siebie i próbując sprostać milionowi oczekiwań jakie ma wobec nas świat a potem także my sami. A zachować ten balans jest bardzo trudno, jak się ma dziecko, które oprócz oddychania nie zrobi samo nic. W dodatku Jej choroba postępuje, zabiera coraz więcej, obchodzi się z nią coraz brutalniej. Zmęczenie jest także coraz bardziej doskwierające i odwrotnie proporcjonalne do chęci do walki. I wtedy co? Ściana. Jeżeli trzeba to bierze się leki, ale to tylko (albo w sumie aż) pomaga mieć siłę, żeby dotrzeć do źródła problemu, który jest nigdzie indziej jak w naszym środku. Wierzę z całego serca, że warto zacząć szukać. 

Kilka książek przeczytałam, chodzę po lesie tulić drzewa, codziennie zapytuję się siebie jak się mam i pozostaję ze sobą w jak najściślejszym kontakcie. Trenuję uważność (co na poziomie elementary, czyli moim oznacza to robienie mniej niż 5 rzeczy na raz i myślenie o mniej niż 10 rzeczach na raz), regularnie ćwiczę i nawet czasami pływam, maluję, piszę, skupiam się na pozytywach, koncentruję na małych cudach tego świata i ekscytuję każdą napotkaną wiewiórką. Otaczam ludźmi, którzy ciągną mnie w górę, spędzam czas z najbliższymi, konfrontuję się z trudnymi emocjami, wyciszam się itd. itp. I co? I bywa, że przychodzi taki dzień, kiedy wszystkie moje górnolotne teorie biorą w łeb. Wstaję rano i nie widzę słońca. Przewijam dwudziesty raz i myślę, że nie chcę tego robić. Upominam młodsze dziecko, żeby sprzątnęło a pod nosem rzucam już mową nienawiści. Bo życie jest życie, wsadzi palec w oko każdej, nawet najlepszej, teorii. Jednak jedno wiem na pewno - nie zawrócę już z tej drogi (publicznie przypieczętowanie), bo wiem, że jest jedyną słuszną drogą, mimo, że wcale nie łatwą i taką, która nieraz zedrze mi jeszcze kolana. Ale przynajmniej będę wiedzieć, że robię coś, żeby to moje życie z rettem miało choć trochę więcej kolorów. Żeby mi osobiście było łatwiej samej ze sobą, bo zadanie, które wylosowałam na loterii życia jest wieloletnim i gigantycznym wyzwaniem dla psychiki. Więc nie mam zamiaru już liczyć ile razy się zderzyłam z ziemią, bo z pewnością wstaję coraz szybciej i mniej poobijana. I tego też Wam życzę - zacznijmy od siebie i to wcale nie - dla innych. Zacznijmy od siebie dla siebie. A jak to całe JA uda się w większości poskładać w jeden w miarę jednolity byt to i słońce będzie zauważyć łatwiej i nawet kolejne pieluchy będą zmieniały się z większą pokorą. 


                                                                                             A. 

Grafika: www.lonerwolf.com i www.energyhealingteacher.com

2 komentarze:

  1. Ooo, nie zawracaj z tej drogi, to dobry kierunek, choć górek po drodze nie brakuje i zakręty zwodnicze bywają. Może im dalej tym równiej? (Ja chwilowo leżę w jakimś rowie, ale mam nadzieję, że trafię spowrotem).
    Plum

    OdpowiedzUsuń