piątek, 18 lutego 2022

Padłaś? Powstań.

 Pytanie jest - czego życzą sobie nawzajem matki dzieci
niepełnosprawnych? Wbrew pozorom nieczęsto tego, żeby zakonnice przyjęły im dziecko do jakiegoś miłego przytułku. Najczęściej życzą sobie dwóch rzeczy (z  mojego doświadczenia): 1. SIŁY, 2. CIERPLIWOŚCI. I największy paradoks jest w tym, że o wiele łatwiej zorganizować chyba miejsce u zakonnic, niż to czego same sobie życzymy. Czemu? Bo tego nie ma, nie będzie i nie było i nie ma z czego być. Z pustego się nie naleje. A jednak trzeba. Over and over again...
Brak, niedobór, deficyt; nazwij to jak chcesz. Siłę i cierpliwość to się ma chwilę na początku, bo się jedzie na ogromnej złości i rozczarowaniu chorobą dziecka. Wkurw daje niezłe turbodopalanie, i do życia, i do rehabilitacji i do walki. Tylko co z tego, skoro to jedno z tych uczuć, które wybucha i się wypala. I wtedy na czym jechać? No na minusie, na oparach i na wyimaginowanej mocy, którą sprawczym myśleniem sprowadza się w swoje umęczone kończyny i wyzuty z uczuć mózg. 
To są takie stany, które (jak to mawia mój ukochany Teściu, ale taki ukochany naprawdę, Tato w sumie) "trzeba przeżyć, bo to się nie da opisać". A on wie co mówi, bo niejedno przeżył, niejedno widział i wie jak smakuje kruk (już nie dopytywałam... :). To wycieńczenie organizmu, ducha i psychiki, któremu nie pomoże jedna przespana (z tylko jedną pobudką) noc, wyjazd na dwa dni bez dziecka ani godzina w jacuzzi. Na to nie pomaga chyba nic, choćby człowiek wyleciał na Zanzibar i 4 tygodnie czytał książki na plaży. To lata wyczerpania, frustracji, znużenia, znudzenia, niemocy i bezsilności. Dodaj do tego dziecko, które waży prawie tyle co Ty i nogi ma tylko do ozdoby, gryźć nie umie, pić nie chce i potrafi się nieźle wściec. Przepis na wypalenie do zera - gwarantowany.
Pamiętam jak B. była młodsza, i świrowała więcej, ja też byłam młodsza i krew jeszcze we mnie krążyła i potrafiła się wzburzyć to wtedy potrafiłam się wściec. Jak mi tak pięćdziesiąty raz plunęła obiadem w twarz to modliłam się, żeby jej nie przywalić. Musiałam odchodzić do drugiego pokoju, bo nie zostawało mi ani krztyny cierpliwości, bo siły jeszcze trochę było. A teraz? Teraz nie mam nawet siły, żeby się wściec. Ona pluje, i wiem, że wypluje tyle razy ile będzie chciała a ja i tak muszę podać jej leki, bo ją zatłuką napady. Ręka mi sztywnieje, plecy pieką jak polane wrzątkiem bo siedzę setny raz w tym tygodniu w pozycji z łyżką  w powietrzu. Ona się buntuje, pluje, wkurza a ja co? Nic. Autopilot. Zero siły na jakąkolwiek reakcję, na nawet malusi wkurw trzeba by było mieć kilka dżuli energii na zapasie, a tu zero nic. Niedawno tak karmię, w takim stylu jak zwykle, z takim zaangażowaniem na jaki pozwala mi Blanki bunt i brak współpracy, lewituje i błądzę myślami po plaży w Unieściu, żeby nie czuć beznadziei swojego położenia i nagle z pół-snu wyrywa mnie Mniejsza słowami "Mamo, Ty żyjesz???". Kurde, nie wiem. Nie mam siły się zastanowić. Jak się czuję? Nie pytałam się siebie już dawno... Bo nie zdążyłam. Przewinęłam, przebrałam, dałam (raczej: daaaawaaaałammmmm) jeść, potem sobie przypomniałam, że pranie trzeba wywiesić, pies ma pustą miskę, kot nie ma wody, ktoś tam nie ma jeszcze czegoś a jak w końcu siadłam na dupie to B. zawiadomiła mnie, że należy zacząć rundę od początku. Nakarmić, przewinąć, wyprowadzić, pośpiewać, przytulić, wywiedzieć się czy coś nie boli, czy Mniejsza odrobiła lekcje, czy obiad się nie przypalił i jakieś tam inne duperele. Więc przychodzi piątek, jak dziś, albo wieczór, jak co dzień i lubię sobie tak usiąść i kontemplować ścianę. Grę światłocienia, plamy z jedzenia układające się w bajeczne wzory, fruwające na wietrze pajęczyny... Magia. W sumie słusznie byłoby się w tą ścianę rąbnąć głową tylko, że! nie mam siły. 
Już po 16.00, za 5 godzin będzie można udać, że się zemdlało i iść spać.

                                                                                                 A. 

Grafika: istockphoto.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz