przedszkole specjalne jest od zadań specjalnych i opieki nad dziećmi specjalnej troski. Jedno dla mnie jest pewne - słabo rokuje jak się za wszelką cenę próbuje je podciągnąć pod zdrowe standardy, zachowania i sposoby pracy. Wiem, że z B. łatwo wtedy nie było, pierwsze lata retta są zazwyczaj bardzo głośne i trudne do zrozumienia, nie tylko dla opiekunów ale dla dziecka i rodziców przede wszystkim. Dlatego fajnie by było jakby wtedy dostali jak najwięcej wsparcia, zrozumienia i ciepła. Byli ludzie, którzy nam to wtedy dali, byli też tacy, których nie chce mi się wspominać. Jak to w życiu.
Przedszkole specjalne
Gdy B. miała prawie 4 lata, była już solidnie osadzona w Recie i całe osiedle miało dość jej wrzasku, uznałam, że czas do przedszkola. W naszym niewielkim mieście wybór też był niewielki – albo grupy integracyjne w zwykłym, "zdrowym" przedszkolu, albo oddział przedszkolny przy szkole specjalnej. A, że szkoła specjalna przenosiła się właśnie do świeżutko wybudowanego i nowoczesnego budynku – wybraliśmy ją.
Całość przedsięwzięcia była dla mnie dość stresująca, bo Blanka już wtedy miała ogromne problemy ze wszystkimi podstawowymi czynnościami. Jedzenie musiała mieć swoje, o odpowiedniej konsystencji bo gryzła tylko miękkie i małe kawałki. Piła zagęszczane napoje albo klejący i wstrętny kisiel. Generalnie z łykaniem było bardzo ciężko i krztusiła się przy każdym karmieniu. O używaniu ubikacji nie było mowy. Nie mówiła ani w żaden sposób nie pokazywała czego chce czy nie chce. Miała wielkie problemy z utrzymaniem czegokolwiek w dłoni, nie panowała nad ciałem, prawie już nie chodziła. Poza tym miała padaczkę, której moc rosła z każdym miesiącem (o piekle epilepsji - więcej w kolejnym podrozdziale). W przedszkolu spędziła razem 4 lata i przez te 4 lata wydarzyło się wszystko co w Jej zespole najgorsze.
Najpierw straciła chód. Panie przedszkolanki do dzisiaj wspominają jak B. widząc tylko uchylone drzwi uciekała przez nie żeby pobiegać po korytarzach śmiejąc się wniebogłosy. Przez pierwsze dwa lata przedszkola straciła umiejętność gryzienia i żucia, bo początkowo wcinała ugniatane widelcem kotlety z cateringu. Po roku nie była w stanie nawet pić i ta właśnie kwestia dostarczała zarówno nam jak i opiekunkom najwięcej stresu.
Pić trzeba, można ostatecznie nic w przedszkolu nie zjeść ale napić się trzeba. Nasze panie przedszkolanki nie były chyba gotowe na pojenie specjalnie, a takiego wymagała od początku B. Wiecznie pytały mnie jak to robić, a ja sama nie wiedziałam, działałam intuicyjnie i byleby ją w miarę bezpiecznie nawodnić. Mimo wielu krążących po salach przedszkolnych logopedek, ani one ani ja nie dostałyśmy wsparcia praktycznego, więc kończyło się najczęściej narzekaniami i nerwowymi telefonami - „krztusi się”, „nie chce pić”, "nie da się napoić". Nie chce i nie umie… Zaczęłyśmy kombinacje z zagęszczaniem napoi, od mąki ziemniaczanej, przez kleiki ryżowe i inne do bardzo drogich zagęszczaczy z apteki. Nic nie ułatwiało B. picia, co wprawiało zarówno mnie jak i przedszkole w ogromną frustrację.
Pomimo moich ewidentnych sympatii i przyjaźni, które zawarłam tam na całe lata (Pani Agnieszka, Pani Marta były i są wspaniałe, to osoby o tak ogromnej empatii i miłości do dziecka, że powinny dostać medale) przez cały okres uczęszczania B. do przedszkola czułam na sobie presję ciągłego tłumaczenia się, że moje dziecko jest bardziej specjalne niż by wypadało. Że ma za mocne napady. I ich za dużo. Nie umie pić. Nie gryzie. Nie interesuje się zajęciami i sprawia im ogrom trudności i zmartwień a ja z kolei wymagam Bóg wie czego, czyli na przykład spaceru choć raz na tydzień. Fakt jest taki, że B. była wtedy przesłodka i przekochana, a darła się jak wracała do domu. A, że miała swoje ograniczenia, problemy i specjalne potrzeby to tego w przedszkolu SPECJALNYM nie powinnam była nikomu wyjaśniać. Niestety, jakbym miała określić krótko z czym kojarzy mi się ten pierwszy okres edukacji B. to bym powiedziała: samotność i brak zrozumienia.
W ostatnim roku przedszkola okazało się, że w moim brzuchu zamieszkała mała dziewczynka i wtedy musiałam pewne rzeczy odpuścić a skupić się na innych. B. była już niechodząca, więc z wielkim brzuchem a potem z samochodowym fotelikiem z niemowlakiem musiałam poradzić sobie z odbiorem, pakowaniem do auta i wspinaczką na pierwsze piętro w kamienicy zdana tylko na siebie. Sam koniec Blankowego przedszkola wspominam jaskrawo właśnie przez to, że rozpoczęłam zupełnie nowy etap – drugiego podejścia do macierzyństwa i dzięki temu humory, skargi i zażalenia przedszkolanek kompletnie przestały mieć znaczenie. Zaczynałam łapać tak wymarzony i ratujący od zwariowania dystans.
c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz