środa, 18 stycznia 2023

Historia pewnego kornika

Od końca zacznę - kornik ma się doskonale. Nic, totalnie nic nie jest w stanie na niego wpłynąć... Żadne środki, po prostu żadne nie są w stanie wygrać z tym jego rezonującym na cały dom chrobotem. Rzęzi, chrzęści, skrzypi, trzeszczy i zgrzyta bez względu na wszystko. 1:0 dla kornika, biała flaga na maszt, destynacja: psychiatryk. 

Wiele mądrych rett-głów próbowało go chociaż  nazwać i opisać:
"Nie dałabym rady, to jak skrzypienie styropianem albo jeżdżenie widelcem po pustym talerzu"
"Dupa cierpnie..."
"Nikt nie zniósłby tego dźwięku dłużej niż kwadrans"
"To jest T.O.R.T.U.R.A!"
i w końcu:
"Jak jakiś @!&@# kornik!"
Lepiej bym tego nie ujęła...

Spędziłam kilka lat na szukaniu metody na Blanki zgrzytanie zębami. I wiedząc, że nie znajdę przyczyny innej niż zjechany przez retta układ nerwowy, skupiłam się na metodach likwidacji, niwelowaniu albo chociaż minimalnym łagodzeniu skutków całodobowego zgrzytu tych małych szczęk. 

Smoczek? Wypluwa w sekundę. Nakładki? Wypadają albo ma mega odruch wymiotny a tych termoplastycznych nie utrzyma w buzi przez odpowiedni do uformowania czas. Masaże wewnątrz i na zewnątrz paszczy? Tylko ją dodatkowo wkurwiają, a bardziej wkurwiona B. to jeszcze głośniejsza i bardziej zacięta praca kornika. Wkładanie między szczęki chrupków, skórek chleba czy czegoś do żucia dla rozładowania napięcia w buzi? Kończy się albo zachłyśnięciem, albo ślinotokiem albo wściekłością, a najczęściej tymi trzema naraz. Odwrócenie uwagi, uspokojenie, zajęcie czymkolwiek innym niż zgrzyt? Bardzo rzadko się udaje, a jeżeli już to na 30 sekund co w perspektywie przezgrzytango dnia i nocy jest grą niewartą świeczki. Coś tam się jeszcze ostrzykuje botoksem ale przy dziecku, które ma tak gigantyczne problemy z jedzeniem a nawet samym połykaniem śliny opcja ta totalnie odpada.

Próbowałam też działać od strony odbiorcy zgrzytu, czyli głównie mojej skromnej osoby. Dodam, że A. znosi ten dźwięk o wiele lepiej niż ja ale to pewnie dlatego, że pół dnia nie ma go w domu, z kolei Mniejsza nie go słyszy wcale, bo przyzwyczajona jest do tego melodyjnego (sic!) odgłosu od brzucha. Ja gdy jestem spokojna i w miarę wypoczęta znoszę to też całkiem nieźle, jednak kilkanaście lat życia z kornikiem robi swoje. Gdy jestem zmęczona, przychodzi wieczór, gromadzi mi się w żyłach frustracja całego rett-życia albo po prostu dzień daje w kość to po 5 minutach z kornikiem czuję jak na tyłku jeży mi się włos. To jest autentyczna tortura, abstrahując od B. i bezkresnej miłości do Niej jak również mojej woli walki do końca i całego tego never give up, jednak w momencie jak wjeżdża kornik to mam ochotę się rozbiec i walić głową w ścianę. Próbowałam chyba wszystkiego; ćwiczeń oddechowych, medytacji, zatyczek do uszu, słuchawek z muzyką, wychodzenia z pokoju (to się niezbyt udaje, bo nie dość, że trzeba się B. zajmować tak naprawdę non stop to jeszcze nawet zza ściany słyszę ten psychodeliczny zgrzyt), śpiewania głośniej niż chrobocze kornik, spacerów (bo na zewnątrz słychać go mniej), wszystkiego... Bywa, że radzę sobie z tym lepiej, bywa że B. doprowadza mnie swoimi szczękami do obłędu. 

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt z zewnątrz nie docenia powagi przeciwnika. "Ot, zgrzyta sobie". Albo "Mi nie przeszkadza", ew. "Ja nawet tego nie słyszę!". Ja też dziesięć lat temu nie słyszałam tak bardzo jak teraz albo nie przeszkadzałoby mi, gdybym słyszała go po 15 minut dziennie.

Z wielu dziwactw retta to jest dla mnie najtrudniejsze do ogarnięcia. Męczy nieopisanie... I wracając do słów wstępu - kornik wespół z rettem mają się doskonale, przygrywając mi właśnie w takt stukania klawiszy komputera. Kiedyś przyjadą po mnie z wariatkowa i co mąż powie? Że oszalała, bo npspr córka zgrzyta zębami od kilkunastu lat? Żanada, matko polko wojowniczko, żenada...

                                                                                   A. 
Grafika: https://jbzd.com.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz