Poprzedni mój kot mordercą był okrutnym. Chyba już w łonie kociej matki zadusił i zeżarł kilkoro rodzeństwa by po drugiej stronie brzucha rozkręcić się w zabijaniu maksymalnie. Co z nim przeszłam, ile śmierci, bólu, truchła i nieboszczyków widziałam, wiem tylko ja i są to rzeczy których się nigdy nie odzobaczy. Nasz obecny kot a ściślej - kotka, jest szczęśliwie w te klocki zdecydowanie słabszy, jednak mysi trup zaczął się ostatnio ścielić gęsto tu i ówdzie, gdyż wiosna tuż za rogiem a kocia panna poczuła zew krwi, natury czy innej pozbawiającej życie patologii.
W sumie na nieszczęście mam w sobie silny imperatyw ratowania słabszego i widząc mysz czy innego gryzonia w kociej paszczy od razu rzucam wszystko i ruszam z odsieczą. To silniejsze ode mnie i niezależne od tego jak chujowe jest to postępowanie z punktu widzenia naszej kotki, wszak niesie mi do domu coś najwspanialszego i najlepszego, co może swojemu stadu dać - trupa bądź pół-trupa. Wychodzi, że tylko moja w tym wina, że nie doceniam jej starań i umiejętności myśliwskich i razem sobie przy świeżej myszy nie ucztujemy, co gorsza - jeszcze chcę jej trofeum wyrywać by potem wypuścić. Tak czy inaczej, wyratowałam niejedno małe stworzenie, które w moim mniemaniu było już dawno martwe a tym co chciałam zrobić było chociaż ochronić jego godność pośmiertną i oddać ciało ziemi, żeby mogło obrócić się w proch a nie zostać rzucane, obgryzane i dręczone przez zabójcę. Zwykle jest tak, że muszę zagonić kota do domu, bo inaczej nie odpuści, więc umarlaka zostawiam na trawie bądź bruku i za chwilę po niego wracam. Ile razu już zdziwiłam się widząc, że mysi trup ożył. Zmartwychwstał jak co poniektórzy gdy zagrożenie minęło, a Bóg mi świadkiem, 2 minuty wcześniej miał krzyżyki zamiast oczu i zero oznak życia. Ot spryt natury. Stupor. Klincz. Zdechł pies, a raczej mysz. Jedna z lepszych metod na przetrwanie, gdy ucieczka albo walka nie wchodzą już w grę.
Czy przy postępującej, niszczącej i degeneracyjnej chorobie dziecka można wymagać by siła, nadzieja i moc matki z czasem rosły? Nie sądzę. Sam ten fakt i bezduszny proces postępu choroby oraz wpływ tej deterioracji na codzienność powoduje czasem, że nie ma się siły żyć. Tak słyszałam. A umrzeć nie za bardzo wypada i to jest totalny pat... Bo wciąż trzeba być, towarzyszyć, wspierać dzieciaka a przy okazji mimowolnie obserwować jak choroba coraz brutalniej rozsiada się w jej czy jego ciele. To jest tortura. Dlatego też staram się nie wymagać już od siebie żeby być silną, dzielną i walczącą jak jakaś Ksena przez cały czas. Bywają okresy, że samo wyjście po zakupy z nimi dwoma pachnie mi wypadem w zimie na Mont Blanc albo inne monteveresty. Ale w myśl zasady, że w życiu wszystko (WSZYSTKO) mija, trzeba obrać jakąś taktykę, żeby przetrwać. Na walkę z chorobą dzieciaka straciło się już całe tony energii, lat i metod, co do ucieczki nie ma się już złudzeń, że od retta uciec się da, więc co pozostaje? Zamrożenie życiowych funkcji, wyzionięcie większości ducha i udawanie trupa.
To moja ostateczna metoda na "przehibernowanie" najgorszych dni. Robię jak ta mysz, którą życie prawie ostatecznie złomotało a w określeniu "prawie" zawiera się cały myk. Na tym nędznym i lichym "prawie" trzeba przejechać czas, po którym świat w końcu powie "no już, najgorsze minęło, możesz wstawać". Gdy rett dobija niemal do ostateczności, zmęczenie, bezsilność i niemoc przywalają do samej ściany, minimalizuję wszystkie dodatkowe sprawy, które są ponad przetrwanie. Cały ostatek energetyczny ładuję w to, żeby tylko przeżyć, ja i moje stado. W nadziei, że wielki zły rett powodujący, że codzienność naprawdę bywa nie do udźwignięcia, gdzieś się zagapi i nie zwróci uwagi na leżącego na glebie zdechlaka. A potem, w jakiś magiczny sposób, na przykład wiosną i słońcem powodowana, ruszy znów w tych uśpionych żyłach krew, generując na nowo, jak samoładujący się napęd, zupełnie świeże siły i nadzieję.
Na to właśnie liczy mysz, która martwa jest ale tylko prawie. A prawie naprawdę robi różnicę.
A.
Grafika: www.petsial.com

Cóż można napisać ponad zwyczajowe - "przytulam"...?
OdpowiedzUsuń