sobota, 30 września 2023

Misio mniam mniam

"Muszę o tym napisać" powiedziałam jakiś czas temu, na co ona "I tak nie zrozumieją, kto jest w stanie to  w ogóle zrozumieć? Tylko my". Niestety prawda. Już dawno pozbyłam się złudzeń, że ludzie spoza branży są w stanie zrozumieć jak bywa w pewnych kwestiach trudno, więcej - mało kto chce chociaż spróbować. Ale trudno, raz się żyje, po to się urodziłam, żeby choćby usiłować ubrać rzeczy i stany w słowa. Poza tym może akurat jest ktoś po drugiej stronie klawiatury, kto właśnie płacze nad miską z jedzeniem, oplutą podłogą, firanami i wózkiem, jak ja. "Mały miś jest głodny, bo ma pusty brzuszek...", tak to leciało?

O konieczności jedzenia i picia wie każdy, kto zaliczył pierwsze lekcje biologii w szkole albo chociaż obserwuje otaczający go świat. Kto nie je i nie pije - nie żyje, proste? Proste. W sytuacji, w której dostajesz kromkę chleba do ręki, pałaszujesz ją ze smakiem a na końcu gładzisz najedzony brzuszek - wszystko jest ok, podstawowe życiowe funkcje i nic w sumie ciekawego. Gorzej jest jak masz za kogoś to jedzenie zjeść. Nie swoją paszczą a jego albo jej. Pogryźć za kogoś, albo zmielić, wtłoczyć do ust, też czyiś, i najgorsze - połknąć. Gdy cała siła sprawcza i napędowa jest z zewnątrz a nie w karmionym człowieku - szybko robi się niemały dramat. Dodaj do tego 4 albo 5 tabletek, 5 albo 10 ml syropku, które musisz podać oraz wiedzę, że kto nie je i nie pije ten nie żyje i masz gotową schizofrenię karmiciela. Czuję, że jestem na granicy tej psychozy od lat. Może i udałoby się pokazać komuś z zewnątrz opluty wózek, kawałki zmielonego chleba między szprychami kół wózka i obiad powklejany we włosy ale podejrzewam, że byłby to tylko wzbudzający lekkie obrzydzenie obrazek jakich wiele ten ktoś już widział w życiu. Ot karmienie, ot - nie je sama, ot - musisz karmić, uszy do góry, łyżki w dłoń. Niby tak, niby proste...

Kiedyś komuś bliskiemu próbowałam wytłumaczyć trudność karmienia B. na podstawie mało wyrafinowanego porównania paszczy do szklanki, którą zamiast stawiać normalnie denkiem do dołu, ustawiasz na boku i próbujesz zmiksowaną papę wkładać łyżką do tej położonej na boku przestrzeni. No nie da się, grawitacja robi swoje, bo wypada, wypływa i wylatuje. Prawdziwa paszcza ma jeszcze język, który owszem nie umie formować głosek ani tym bardziej wyrazów, ale wypychać leki już umie bardzo sprawnie. Moje dziecko opracowało dodatkowo metodę odwracania głowy w bok w ostatniej chwili, gdy łyżka ląduje w buzi, dlatego też zakres wyrzucanego jedzenia jest naprawdę imponujący. To rozwiązuje zagadkową sprawę, skąd bierze się jedzenie w kołach wózka. Jak głowa jest przytrzymana to można zawsze kaszleć. To wyjaśnia obecność pokarmu na nieopodal zawieszonej firanie  albo nawet suficie. Można nawet spróbować zwymiotować. Krztusić się. Charczeć. Parskać. Pluć na odległość. I wiele, wiele innych. 

Jeżeli nawet jest dobry czas i powiedzmy tylko dwa karmienia na cztery kończą się teksańską masakrą to i tak powoduje, że ćwierć dnia po nim sprzątasz. Nasz domowy wózek, w którym B. je dostał przezwisko food truck i nie jest to przezwisko bezpodstawne. Żarcie jest wszędzie. Zmieniasz ubranie, szorujesz siedzisko i oparcie, rurki, szprychy, podnóżek, zagłówek, wyczesujesz jedzenie z włosów, przemywasz zatarte nim oczy, na koniec już tylko myjesz poklejoną podłogę, przebierasz się sama i ewentualnie możesz się dla dodatkowego oczyszczenia popłakać. Polecam. 

Karmić B. poza domem bez zrobienia cyrku na pół świata już się praktycznie nie da. Wszystkie wycieczki czy wypady do lekarzy planujemy na magiczny czas spokoju zwany "między karmieniami". Mój A. po pewnej akcji w drodze nad morze poprzysiągł sobie i nam, że więcej poza domem nie karmi i kilka dobrych lat się tego przyrzeczenia trzyma. Doskonale go rozumiem. Po dzisiejszym śniadaniu mam chęć złożyć przysięgę, że już więcej nie podam śniadania. Nigdy! Mogę? Nie mogę. Godzinę po pierwszej próbie, biorę łyżkę i miskę znowu... Sprzątam wszystko od nowa, żeby  spróbować za dwie godziny. Leki muszą być podane, przy takiej epi jaką ma B. nie można sobie pozwolić na szaleństwa typu "nie chce, niech nie je". Poza tym ma sylwetkę modelki i żadnych podskórnych zapasów na zimę. Dlatego karmienie doprowadza mnie do rozpaczy... Bo trzeba. Można sobie odpuścić wiele rzeczy; spacer jak wieje, mycie włosów gdy jest zła, reha jak nie ma siły. Ale jeść i pić trzeba... Tu nie ma wyjścia, podnosisz łyżkę z podłogi tyle razy ile Ci wypadnie. 

Jak wypadła Ci dziś rano o pięć razy za dużo, albo spłakałaś się jak bóbr, bo znów pluje jedzeniem, czy gdy na samą myśl o karmieniu  trzęsie Cię jak narkomana na głodzie, to pamiętaj - ja też. Też też też. 


                                                                                              A. 

Grafika: https://pngtree.com/

1 komentarz:

  1. Mysleliscie kiedys o zalozeniu peg-a (gastrostomii)? Wiem ze to bardzo powazna dezycja ale moze umozliwilaby chociaz latwiejsze podawanie lekarstw? Moze warto przedyskutwac za i przeciw z waszym lekarzem prwadzacym? Sciskam mocno!

    OdpowiedzUsuń