Nie ma. Tak bardzo jej nie ma. W tym kawałku kotleta, który się zostawiało na brzegu talerza, żeby zjadła ze smakiem a nie z obrażoną miną, że znowu pedigri pał. W tym stukaniu pazurów o deski tarasu, panele i płytki. Obok piłki tenisowej na trawniku i w kwadracie słońca na dywanie. Nie ma jak otwieram drzwi... Nie ma jak wołam "Mela!". Po 16 latach i 4 miesiącach wspólnej codzienności przyszło nam się pożegnać, i w tej właśnie codzienności została dziura, jakaś wyrwa, dojmujący brak. To tylko pies, jak to niektórzy twierdzą...
Wiadomo, o zmarłych się mówi dobrze albo wcale ale prawda jest taka, że nikt nie staje się nagle ideałem, bo przeskoczył na drugą stronę tęczy. Dała mi popalić jak mało kto, ten który miał jamnika wie, że to szczególny stan umysłu. Jamnikowi nie da się zabronić. Jamnik i tak zrobi swoje. Generalnie to chyba zasada w całej naszej rodzinie, nie ma, że nie, pytanie jak. Ile nadgryzionych nogawek zaliczyłyśmy, ilu pogonionych listonoszy i tych od fotowoltaiki... A jakie zdolności aktorskie miała moja psina! Słynne "Mela, do budy!" (znaczy pod schody, prawie jak Harry Potter) po którym z miną zbitego psa szła w stronę bazy, dopóki patrzyłam oczywiście, gdy przestawałam robiła voltę i wracała z powrotem pod lodówkę oczekiwać na krakowską suchą za 50 zł za kilogram. Ile gonitw za kotami obcymi i ile wariactw z kotami własnymi. I ten jej wzrok jak do domu przynosiliśmy ze szpitala dzieci, najpierw jedną, potem drugą, pomieszanie zaciekawienia z dumą, że mamy jeszcze kogoś do pilnowania. Ta z rettem jak jeszcze mogła chwytać brała ją za długie uszy i ciągnęła, żeby móc polizać ten czarny, mokry nos. Ta Mniejsza - ubierała w sukienki, wiązała kokardki, układała beciki, kocyki i psie namioty. Pamiętam taki obrazek jak zostawiłam B. w głębokim wózku z przywiązanym psem, bo do piekarni były schody i pobiegłam po bułki. Przechodziła jakaś Bogu ducha winna kobiecina, która torbą z zakupami zaczepiła Blankowy wózek. No tego dla Meli było stanowczo za dużo, goniła ją dopóki starczyło jej smyczy, a że smycz była rozwijana... Pamiętam jak za młodu nam zwiewała, za kotem, za przygodą, a ja z rettką na rękach ganiałam po osiedlu, żeby ją znaleźć. Pamiętam, jak kopała dziury na działce a kopała tak, że po kilku godzinach leżała ze zmęczenia na boku ale łapy dalej chodziły, żeby dorwać kreta. Jak nie dawała wejść do pokoju dziadkom ani komukolwiek, gdy leżała tam choćby czapka pancia. Albo jak uśmiechała się do dzieci, które próbowały ją dotknąć. I jaka była szczęśliwa jak przeprowadziliśmy się na wieś i miała podwórka ile tylko i kiedy tylko chciała. Jest w każdym ważnym dla nas dniu, w tylu wspomnieniach... I tak bardzo jej nie ma gdy jak co dzień otwieram o 6 rano drzwi na taras.
Była jak moje dziecko. To najbardziej niesforne, uparte, ale też najbardziej oddane. Nawet jak nie miała już siły wstać, patrzyła i liczyła w głowie swoje stado, czy są wszyscy i czy bezpieczni. Czy ostatkiem sił kogoś aby nie trzeba pogryźć w naszej obronie. Te ostatnie tygodnie były dla mnie okropnie ciężkie... Teraz, gdy już jest po, gdy moja ruda wredota może już odpoczywać, ganiać po chmurkowych łąkach za kotami i jeść najdroższą dostępną wędlinę, siedzę w raniącej uszy i serce ciszy bez stukania psich pazurów o parkiet i nie mogę odpędzić myśli o tym, że życie polega na pożegnaniach... Że tych dziur po bliskich będzie coraz więcej. I, że mimo, że świat nam się wali - musimy jakoś to przetrwać. I wierzyć, mimo wszystko nie przestawać wierzyć, że, jak to śpiewał pewien raper, "Gdzieś na szczycie góry, wszyscy razem spotkamy się". Oby.
Odpoczywaj, mój Piechu. Zasłużyłaś jak mało kto. Taras codziennie rano będę otwierać dla Ciebie nadal.
A.

Czytam Panią od od początku, nigdy nie napisałam komentarza a dziś musiałam. Miałam takiego samego upiorka - jamnika, 16 lat był z nami, najkochańsza psina, przyjaciel jak odeszła to była rodzinna tragedia. Rozumiem doskonale co czujecie. To nie tylko pies to zawsze członek rodziny.
OdpowiedzUsuńPięknie Pani pisze zawsze, mądrze, od serca, czuć w Pani postach prawdę nawet jak jest gorzka, bez ubarwień tylko tak jak wygląda Wasza codzienność. Podziwiam każdą mamę, tatę, którzy opiekują się dziećmi niepełnosprawnymi. Nie znam tego z własnego życia ale jestem pewna, że jest to dla całej rodziny trudna droga zarówno fizyczna ale i psychiczna, mnóstwo barier do pokonania. Życzę ogrom sił i żeby tych dni kolorowych było więcej w Państwa życiu. Pozdrawiam.