wtorek, 2 stycznia 2024

Ja, ja, ja kokodżambo

Niech wstępem pierwszych w tym roku rozkmin będzie mój dzisiejszy obrazek z Biedronki. Stoję w kolejce, bo niestety muszę wziąć fakturę na kilka rzeczy dla B. (inaczej bym śmignęła przez samoobsługę, ale zakupy były dość duże i wszystkie w związku z córką starszą). Upewniwszy się, że na podstawie paragonu z kasy samoobsługowej nie mogę dostać faktury imiennej, stanęłam w długim na pół Biedry ogonku i czekałam jak pokorne cielę. A że ludzi przede mną było naprawdę sporo to było co z nudów poobserwować. Z dala już zauważyłam, że pani na kasie jest dziś ewidentnie aktorką pierwszego planu swojego własnego show pt.  "patrzcie jaka jestem zła, że tu jestem i jaki mam ZŁY dzień!" Była naprawdę przekonująca i nie przebierała w środkach gry aktorskiej; głośno kaszląc odkreślała, że powinna być na L-4!, stękając rozmasowywała bolący kręgosłup i wywracając oczami przy każdym krzywym kodzie kreskowym utwierdzała każdego kolejnego kupującego, że jest winny jej stanu i ch.owego dnia.

Dosyć to było ciekawe i wcale nierzadkie w naszej strefie kulturowej i nawet mi powieka nie drgnęła, do momentu aż pani nie zaczęła używać sobie na 3-osobowej rodzinie z Ukrainy, która stała przede mną. Widać, było, że nie są tu od zawsze i językowo jest jeszcze trudno co tylko nakręciło sytuację. Na pytanie, czy to masło jest w promocji, pani odburknęła "a skąd mam wiedzieć, takie sobie pani wzięłaś to masz". Potem była reprymenda "nikt nie ma drobnych?!!!! Za to JA zawsze muszę mieć" i jeszcze, że ktoś chce fajki do elektryka a nie zwykłe i ona (z tym podkreślanym bólem pleców, ew. dupy) musi sięgnąć do kasy obok. Sapanie, wkurwione wywracanie oczami i niezadowolenie najwyższych wartości spowodowało, że widziałam tych ludzi pakujących się jutro z powrotem... Mega wstyd. Ale nic,  po 17 minutach (liczyłam z zegarkiem w ręku) zostałam zaproszona do kasowania i w momencie "jak to bez NIP-u???? JAK można chcieć fakturę bez NIP-u?!" jakby tama puściła. Może Pani wyczuła mój wkurw na jej zachowanie wobec poprzednich klientów, ale już się kompletnie nie hamowała. Że ona wcale nie chce tu być! Że musi pracować zaraz po nowym roku! Że ludzie nie mają drobnych! Że nikt nie siada na kasę obok! Że ją bolą plecy, że ledwo siedzi i, że jej się kaszleć chce! I jeszcze, że ja śmiem nie podać NIP-u i ona nie wie jak ma tą fakturę zrobić! Powiedziałam jak. Powiedziałam, że czekam od prawie 20 minut w kolejce. Że inni też czekają. A ona na to - że ona sama ma wszystko biedna ogarnąć! Po prawie pół godziny wyszłam z tej Biedry zakładając się sama ze sobą, że moja noga więcej na kasie z tą panią nie postanie. I jaki jest z tej historii morał? Że o zwykłej życzliwości to my jako naród wciąż bardzo mało wiemy... I, że to własne JA zawsze musi być na wierzchu wszystkich innych ja, bo przecież to moje jest takie najważniejsze...

Zawsze jak piszę czy myślę o egoizmie, to mi się przypomina taki tekst - "co z niej, niego za egoista, że myśli tylko o sobie a nie o mnie". Ot co. Gdybyśmy tylko umieli wyjść od faktu, że każde ja jest tak samo ważne, ni mniej ni więcej. Gdyby Pani na kasie pomyślała, że ta trójka z Ukrainy może się czuć tak samo zagubiona w polskim alfabecie jak ją bardzo bolą plecy. Że wolno rozpakowująca zakupy staruszka może być tak zmęczona tym, że jest od 10 lat sama w domu jak ona tym, że od 10 lat siedzi na kasie. Albo, że ktoś tak bardzo spieszy się z zakupami na fakturę dla npspr córki, żeby tą córkę odebrać ze szkoły jak jej chce się od koronawirusa kaszleć. Tylko, żeby to zauważyć trzeba pamiętać, że ten ktoś obok też ma swój nos, swój ból dupy i swoje problemy. I, że są one tak samo ważne.

Niepełnosprawność dziecka to taka branża w której życzliwość liczy się wyjątkowo bardzo. Procedury, schematy, ograniczenia i limity to codzienność i czasami ratuje to wszystko tylko czyjeś empatyczne i ciepłe podejście. Tak rzadko słyszy się "jakoś to ogarniemy" zamiast "nie da się". Wciąż tak często się nie da. Kod recepty się przeterminował, tu brakuje pieczątki, jest pani o dzień za późno, odmowa refundacji - brak środków, nie mamy terminów na ten rok itd. Klasyk. Zawsze wychodziłam z założenia, że tam gdzie się nie da zawsze można wysłać ludzką życzliwość i wtedy dzieje się magia. Nawet jak mimo wszystko rzeczywiście się nie da, nie uda się to ciepło od drugiego człowieka powoduje, że chce się walczyć. 

W zupełnej kontrze do pani z kasy okazała się niedawno poznana pani krawcowa. Komunia za kilka miesięcy, czas myśleć o kiecce dla Mniejszej, jedną mamy ale jest za krótka, na nową trzeba się zapisywać szybko już, już, na wczoraj. Dzwonię i mówię, że ratunku droga Pani, maj już blisko, co robić, odwijać, wymierzać, kupować materiał?? A ona mi na to - "Pani kochana, moja w tym głowa, żeby dziecko miało suknię jak należy na czas. Pani się nie martwi. Proszę o nazwisko, wpisuję w kalendarz" To jest miód. Na serce, na duszę. I nadal taka rzadkość... Że ktoś zobaczy w tobie człowieka. Drugą kobietę. Może matkę. Że zauważy, że też masz cały bagaż na swoich plecach. A nawet sam zechce Ci trochę odjąć a już na pewno nie dokładać. To piękne, w takich ludziach jest nadzieja. 

W różnych środowiskach czasami bywam i co ciekawe, środowisko rodziców dzieci npspr narzeka i okazuje ból dupy stosunkowo rzadko. Wiem, to uogólnienie, ale tak jasno wynika z tego co obserwuję od kilkunastu lat. Autentycznie ludzie spoza branży jadą po swoich życiach częściej, jawniej i bardziej. Że przesrane, bo muszą iść na sylwestra. Przesrane, bo nie wypiły dziś ciepłej kawy. Że koszmar, bo majówka w tym roku tylko 5 dni w spa, bo drogo. Że, źle bo nie zdążyły na paznokcie. Źle, bo nie wyspały się. Bo kot rzygał pół nocy. Bo inflacja. Bo dzieci pyskują. I tak dalej. Ja słucham albo się wyłączam z tego słuchania, przytakuję i uśmiecham się tylko. Bo mi się w środku myśli "serio????" a potem sama migiem dochodzę do wniosku, że moje życie poza tym drobnym rettem to naprawdę jest zajebiste, bo jeszcze chyba nigdy nie było tak, żebym uznała, że muszę całemu światu wokół udowadniać jak jest do dupy. 

Niby to banał, ale każdy toczy swoją walkę, więc be kind. Tylko tyle... Uśmiech i życzliwość tak wiele wnosi. W tym nowym roku życzę sobie i Wam jak najmniej pań na kasie z mega zakaźnym bólem dupy a jak najwięcej pań krawcowych. I uśmiechu, który jest mega mocą. Nawet jak przez łzy. 


                                                                                       A. 

Grafika: amazon.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz