Że same sobie pewne rzeczy robimy to pisałam już nieraz i jak bardzo bym była temu przeciwna, tak wciąż bywa, że wpadam w niektóre zasadzki i pułapki. Daję się nabrać a potem czuję się gorsza. Albo nawet gorzej - słaba. A poczuć się słabą tonąc w oczekiwaniach bycia mega silną (również tych swoich) to już jest praktycznie koniec świata. Nikt nie lubi się czuć słaby i bylejaki ale być słabą i bylejaką matką niepełnosprawnego dziecka to już jest poziom nicości i porażki trudny do opisania.
Coś mi mówi, że w byciu matką specjalną nie ma półśrodków, a opcje są dwie - jest się mniej niż zerem, oddaje się dzieciaka do ośrodka albo go chociaż bije po zaplutej buzi zapijając przy tym piątym z rzędu browarem albo - narzuca się pelerynę superbohaterki i na każdym kroku udowadnia wszem i wobec, że się never give up! I - jak nie my to kto, supermatki łączmy się, walczmy ile sił i nikt nie zrobi wszystkiego jak ja! Ta druga wersja, mam wrażenie, jest ciągle tą najbardziej społecznie akceptowalną i obowiązującą, ale tą pierwszą też się z oburzeniem fajnie ogląda w Wiadomościach (tfu, w Faktach). Nie mając wielkiego wyboru z czegoś pomiędzy i taki charakter jakim obdarzyła mnie natura, skłaniam się bardziej do tej peleryny, chociaż wciąż z ciągotami, żeby wycinać w niej dziury mówiąc i pisząc prawdę z krwi i kości, czego dowodem jest ten blog.
To trochę prowokacyjne głosić, że 98% z nas jest gdzieś bardzo pomiędzy; tylko 1% zasługuje na nazwanie prawdziwą superbohaterką i pomniki w dużych miastach a pozostały 1% wjedzie z imienia i pierwszej litery nazwiska z kropką na pasku serwisów informacyjnych. Reszta, czyli też ja - jest miksem o różnej, w zależności od dnia, zawartości bohaterki i szaleńca. Życie, oprócz wzbudzających dreszcze momentów jest przecież szare, powtarzalne i zupełnie zwyczajne tak jak ogromna większość matek na całym wielkim świecie, tych od dzieci z niepełnosprawnościami również. I na tym można by skończyć ten mało odkrywczy wywód, gdyby nie istniały internety a w nich cała giełda cech i zalet, dzięki którym ma się wyczekane ahy, ohy i lajki. Jak się jest tak superhero w wirtualu to jak być zwykłą matką w realu? Takie trochę rozdwojenie jaźni. A może jest tak, że w życiu online łatwiej nam uwierzą, że nigdy się nie poddajemy, że walczymy, że mamy niegasnące megamoce, że miłość nas uskrzydla i na turbodopalaniu jedziemy od narodzin dziecka po wsze czasy. W prawdziwym życiu nie do końca tak to wygląda... Cała proza życia wyrywa zwykle tą pelerynę, wyciera nią sobie buty i ubabraną rzuca nam pod nos. Lajf.
W sumie bardzo trudno przyjąć, że życie jest w przeważającej mierze średnie, że my bywamy średnie i, że czasem najchętniej byśmy sobie wytatuowały napis "give up and die" zamiast "never give up". Strzelamy sobie samobója, bo nigdy nie dorośniemy do wiecznie nakręcających się i piętrzących oczekiwań i standardów. Zawsze będziemy wewnątrz czuć się za. Za słabe, za mało cierpliwe, za leniwe, za zmęczone, za wkurwione, za... ludzkie. Za prawdziwe?
Więc zawsze staram się sobie przypominać, że internety to jednak cały czas scena główna. Pełna rekwizytów (włącznie z peleryną), makijaży, efektów specjalnych i mająca na celu wywołanie w widowni konkretnych uczuć i myśli. I, że kurtyna zawsze w końcu opada, a zwyczajne życie za kulisami rządzi się swoimi i zupełnie innymi prawami.
A.
Grafika: csmonitor.com

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz