Mniejsza na feriach, chłop w pracy, a nasz stały skład na froncie - ja, B., ząbkujące szczenię i panna kotka. Te dwa ostatnie zapewniają mi masę rozrywki, nie powiem. Ale dziś o B. i o takim jednym obrazie, który od lat mam w głowie i który w połączeniu z tym co pokazuje tzw. "codzień" jest kompletną bzdurą. Nie mówię, że dla wszystkich, ale dla nas tak. Lata temu, jak B. była małym puszystym pączusiem, który już zaczął zdradzać układy z rettem a ja byłam w depresji głębokiej jak świat leciała w tvn-ie taka reklama, zapewne jakiejś fundacji albo społeczna akcja, coś w ten deseń. Krzywy dzieciak idzie, mama go prowadzi za rękę i mówi "hop, nóżka do góry" i ten młody stawia tą nogę w ortezie na stopień, powoli przenoszą ciężar ich ciał wyżej i wchodzą, mama (czy inny "wspieracz") go podtrzymuje i po chwili razem, wspólnym sukcesem znajdują się na samej górze. Puenta jak zwykle - dajcie kasę, będziem za nią ćwiczyć i wespół-zespół pokonamy wszystkie schody. Tak też mi się wydawało, że będzie.
Że ja tej B. będę służyć jako wsparcie. Że razem będziemy różne schody i schodki jej choroby pokonywać, że będę jej ramieniem albo okrętem a ona nam sterem. Razem, najważniejsze - razem będziemy ten wózek pchały do przodu. Co ja wtedy w tej blond głowie miałam, mój Boże... Młodzieńcze ideały z reklam tv. Nigdy nie pomyślałabym, że nasze rettowanie nie będzie w żadnej mierze opierać się na współpracy, asekurowaniu Jej, pomaganiu, wspieraniu czy asystowaniu w różnych czynnościach dnia codziennego. Życie pokazało, że będziemy robić wszystko (naprawdę wszystko, no może poza puszczaniem bąków i uśmiechaniem się) ZA nią. I co gorsza, tak często na siłę. Nie wiem na ile to jest świadome działanie B. a na ile sabotaż retta ale od dawien dawna siłujemy się prawie ze wszystkim. A jak ma zły dzień to ze wszystkim totalnie. A jest tego trochę, zwłaszcza pomnożone przez godziny, dni i lata.
Jakieś mgliste wizje pt. "ja Cię tu podtrzymam a Ty stań, siądź, złap się, podnieś, podtrzymaj" itd u nas nie mają kompletnie żadnego zastosowania. Niepełnosprawność dokarmiana bazującymi na stereotypie i heroizmie reklamami i obrazkami wygląda tak, że się temu słabszemu pomaga. Ten silniejszy wspiera. Stanowi dodatkową rękę, oko, nogę, podtrzyma, podciągnie, przyniesie. Ale ten słabszy ciśnie, żeby krzywo i niepełnosprawnie ale jednak coś samemu zrobić, czasem nie wychodzi ale w końcu się udaje. U nas B. sama aktywnie się stawia i robi to z dużą zaciętością. Nie ma opcji, że coś razem wykombinujemy, żeby nam wyszło łatwiej, o nie. U nas jest bardziej lub mniej bierny opór. Albo i aktywny, ale jednak opór. Może wyglądać całkiem niewinnie i dyskretnie jak np. rozczapierzanie palców podczas ubierania rękawa albo jawny bunt jak np. wypluwanie jedzenia. Bywają dni, że ja nas w prawo a ona w lewo. Śmiesznie jest jak mam humor i siłę ale jak np. mam okres i boli mnie wszystko to jest autentyczne ryzyko, że z jej przeciwstawiania się będzie nieszczęście. Bo stracimy równowagę albo mi się wyślizgnie przy pakowaniu do auta. Jest też cała masa pośrednich zdarzeń, które nie wnoszą jakiegoś wielkiego dramatu ale powodują, że boli mnie każda kostka. Przekręcamy się na bok, żeby włożyć pieluchę, ona z całą siłą - w drugą stronę. Próbuję ją podnieść - kładzie się. Karmimy, rzuca głową we wszystkie strony. Wstajemy na nogi - siada. Próbuję posadzić w wózku - cała sztywna, bo chce stać. Zginamy nogę, żeby włożyć to długie odnóże w nogawkę spodni - nagle jest sztywna jak kawałek drewna. A jak mamy stać nagle wiotczeje i mi się składa wpół. I co mogę? Czasem patrzy zupełnie obojętna, jakby jej to koło pupy latało czy dojdziemy do tego auta czy nie a czasem hardo pokazuje mi, że nie zrobimy nic tak jak bym chciała. Dużo razy się nad tym zastanawiałam czemu tak jest. Z jednej strony zawsze staram się informować ją co robimy, czemu, jak, żeby nie czuła się jakoś przedmiotowo. Jednak przy tak ograniczonym repertuarze sprawczości, może działanie na zasadzie reakcji przeciwnej jest jakimś jej sposobem, żeby pokazać siebie i swój charakter. Może to jej bunt, niekoniecznie wobec mnie ale wobec retta? I całej tej sytuacji, która bezwzględnie zabrała jej możliwość decydowania o sobie w stopniu w jakim by chciała?
Albo to geny, których nie oszukasz nawet jak ci w nie wjedzie rett. Widzę po Mniejszej, która funkcjonuje na podobnej zasadzie anty-tezy i anty-reakcji. Ja jej, że trawa jest zielona a ona, że nie, bo niebieska. Mówię - weź tego nie sprzątaj, a ona - a właśnie, że sprzątnę ;) Obawiam się nawet, że mają to po mnie.
W każdym razie te słodkie obrazki z reklam mogę sobie schować między książki albo jeszcze gdzieś głębiej. Dziś jest ten dzień, kiedy nawet palce mnie bolą, bo panienka na wszystko mówi "a właśnie, że zrobię odwrotnie". I nawet jak się sprytnie i szybko połapię, poddam i pójdę po jej myśli, to ona już zdąży tę myśl zmienić tak byleby było na odwrót. Ah...
A.
Grafika: mamotoja.pl

Moim zdaniem te reklamy są jak bajki Disney'a-ukazują życie jak w bajce,że niby się ułoży ale fakt częśto prawdziwe życie wygląda inaczej.
OdpowiedzUsuńPamiętasz mnie jeszcze?
Pozdrawiam
Flora Grabowiec