poniedziałek, 7 kwietnia 2025

Popływamy?

Jak przeżyć niezapomnianą przygodę pełną dreszczy, zwrotów akcji, adrenaliny, deszczu i słońca, radości i łez, emocji rodem z kina Bollywood? Ano wystarczą przynajmniej dwie osoby (najlepiej takie o niezachwianej wierze, że dadzą radę), jedna rettka i basen. Dodajmy do tego fakt, że B. w roli rettki uwielbia wodę, bąbelki i woń chloru i mamy gotowy scenariusz na niedzielną rodzinną katastrofę. "Chodźmy na basen" powiedziała Mniejsza, "tylko tak wiecie - WSZYSCY". Tak zrobiliśmy. A jaka jest Wasza supermoc? 

To co kiedyś było czymś normalnym, przez upływający czas i postęp choroby B. a także jej rośnięcie - podstępnie stało się mont everestem. Dla godziny uśmiechu starszej z naszych córek i szczęścia w wodnej toni (bo Mniejsza jest samoobsługowa i tu ma się czysty zysk, gdyż z pływania cieszy się zawsze) jesteśmy w stanie wypruć sobie flaki. Kiedyś nie powiedziałabym tak o wyskoczeniu na basen, dziś już chyba tak. Wydaje się, że mamy wszystko co mieć trzeba; zwłaszcza - zapał, cztery ręce, specjalne pieluchy do pływania i przekonanie, że jeszcze nie damy się tej gównianej chorobie pokonać. B. kocha basen i basta! Jedziemy więc na basen i basta. Jakoś sobie poradzimy, basen w pełni przystosowany, slipy na zadki,  okulary na oczy, wskakujemy i basta. Ledwo przeżyliśmy, ale B. była przeszczęśliwa. Dziś o części przedsięwzięcia pt. "ledwo przeżyliśmy", czyli o mrocznej, technicznej stronie generowania wodnego szczęścia u rettki. 

No więc tak, dobra organizacja kluczem do sukcesu, jakby się wydawało, plus moja złota zasada - nigdy nie jest za dużo ręczników by nie można było wziąć kolejnych. Dwie torby, minimum pięć ręczników (po jednym dla każdego plus jeden do sauny) oraz dwa turbany na włosy, dwie szczotki, szampon, stroje, majtki i staniki (nie raz wracałam bez bielizny, możliwe że wcale jej nie zapominam tylko podświadomość robi mi sprytną podpuchę, bo tak po prostu lubię), pieluchy (do pływania i zwykłe - bierzemy po dwie, bo zdarzyło się, że przerwała nam się jedna jedyna do pływania i trzeba było całą szeroko zakrojoną akcję kończyć wracając do domu), okulary, czepki i gumki. W sumie to co wszyscy. Co do basenu, to nasz wydaje się całkiem spoko. Teoretycznie to przystosowanie też niezgorsze, ratownicy mili, zwłaszcza jak się ładnie pouśmiechasz, ale żeby zobaczyć sprawy tak totalnie realistycznie trzeba by wziąć człowieka niechodzącego i niechwytającego (takiego dużego i długiego) i pokonać cały proceder krok po kroku. 

Wózek? Ano jest, oczywiście, tylko, że na wagę ok. 150 kg, B. waży 36. Weszłyby trzy B., jedna obok drugiej i się pięknie zaklinowały, i to by było w miarę bezpieczne. Pasa nie ma. Uwaga, nie ma też podnóżka. B. nie czuje zagrożenia pod tytułem "jak fiknę do przodu to nic mnie tam nie złapie i zęby posypią się jak perły po basenowych płytkach" tylko zawsze myśli "hejaaa, jak fajnie skakać do przodu, ze złożonymi rękami, którymi się nie podpiera, jakoś to będzie, jupiiii!". W związku z tym blankowym optymizmem - ktoś musi ją trzymać. Jak już ogarniemy ubranie pieluchy do pływania (na stojąco, bo coś co jest stolikiem do przewijania jest małe jak dla niemowlaka i gibie się na wszystkie strony) oraz stroju to możemy zmienić nasz wóz na basenową kolumbrynę i ruszać śmiało w drogę. Mniejsza niesie ręczniki, czepki i okulary, A. prowadzi wóz a ja trzymam B. za ramię, żeby nie skakała do przodu oraz biegam jak poparzona na przód wózka, bo nogi wiszą 2 cm nad ziemią i chcą wygiąć się w nienaturalnej pozycji. Jedną z tych stóp się całkiem niedawno operowało, a to by była naprawdę wielka szkoda zniszczyć pracę ortopedów-chirurgów. 
Dojeżdżamy do tego basenu i trzeba dziecko wrzucić, niby podnośnik gdzieś jest, ale jak kiedyś prosiliśmy by go poszukali to po pół godzinnych problemach uznaliśmy, że to legenda, żaden podnośnik nie istnieje albo istnieje tylko w wyobraźni. A. wrzuca mi B. do brodzika, idzie pływać z Mniejszą a ja służę za boję dla tejże B. co na początku przypomina podwodną walkę dwóch morskich stworzeń. Jedna robi się sztywna jak deska a druga próbuje nie dać się im dwóm utopić. Tak to trwa 10-15 minut zanim ciało B. i jej rett nie skumają, że woda (i mama) trzyma ale podpór nie będzie taki jak na lądzie. Potem już jest fajnie, patrzymy jak gówniarze się bawią, śpiewamy  szanty albo kolędy, zalewamy sobie oczy wodą i śmiejemy się w najlepsze. Jak A. ma siłę, każemy przetransportować się do jacuzzi, a tam to już w ogóle - śmiechom i zabawom nie ma końca. I choć są dwa jacuzzi na naszym basenie, zwykle oba oblężone, to my nie mamy z tym żadnego problemu. Wrzucamy rettkę i wszyscy uciekają, w 2 minuty jacuzza cała nasza ;) I to są te chwile dla których warto żyć, i które nie pozwalają nam zrezygnować. B. się cieszy, gada, opowiada i rechocze. Zagląda za siostrą, woła tatę. Wkłada głowę pod wodę a potem uchachana kaszle i się krztusi. Patrzy na swoje krzywe nogi, które wypycha woda i na mnie, która wygaduje bzdury albo śpiewa piosenki. Królowe życia, nasze miodowe momenty. Ale jak godzina mija i skóra zaczyna się marszczyć to trzeba podjąć tą najgorszą drogę jaką widział basen - drogę do suchości. 

I tu się zaczynają schody, bo sucha rettka to rettka, którą da się złapać, ale mokra rettka o swoim specyficznym napięciu mięśniowym (sztywna-wiotka-sztywna-wiotka-wiotka-sztywna itd) jest jak węgorz, którego próbujesz złapać ręką posmarowaną olejem. Jeszcze jak taka B. jest neutralna to w miarę, można kombinować, ale jak się zacznie wściekać, bo jej zimno albo co gorsza - wpadnie w napad śmiechu i zegnie się w pół - to kaplica. Trzy osoby walczą z grawitacją. Niby chwilę postoi, ale jak ślisko to już nie postoi, a klapek jej nie ubierzesz, bo przecież spadną. Z wózka dla otyłych wyślizguje się jak gil z nosa. Ale mimo wszystko trzeba pędzić do szatni, bo tam kąpiel i walka o suchość. I obietnica ciepła.

W łazience dla npspr jest cała masa czegoś, co większość świata uważa za genialne udogodnienie dla osób niepełnosprawnych - rury przy ścianie i uchwyty do przytrzymywania. Bardzo miło jak jest się rettką, niesamowicie przydatne jak ręce są do ozdoby. Krzesło prysznicowe, takie otwierane ze ściany też jest i to całkiem wesołe, bo się z niego łatwo spada. Ani to boków nie ma ani pasów, a dla kobiety z rettem jest jak jakieś urządzenie do akrobacji. Jeden leje wodą po wszystkim, drugi trzyma, jeden mydli, drugi krzyczy, że ktoś nam tu spada. A do tego - B. się kładzie, bo szampon w oczach a Mniejsza chce się przebrać i "no gdzie jest mój ręcznik?!". Także "umycie" rettki po basenie to hasło zbyt wyolbrzymione, to takie raczej namydlenie i niewypłukanie. Zdarcie tego stroju, gdy ona nie postoi a położyć ani posadzić nie ma gdzie... Wózek mokry więc niby-umyta siedzi w kałuży mydlanej wody bluźniąc pod nosem zła i zniecierpliwiona. 

Przejeżdżamy do szatni a tam powiew polarnego powietrza, włosy na nogach na sztorc i w płacz, że mamoooo zimnoooo. I tu już leci się na freestajlu, byle szybciej. Każdy ręcznik na nią, reszta ludzi telepie się mokra, Mniejsza zła (a ostatnio przy przepychance biedna się wywróciła, bo oboje chwyciliśmy za niewładną mokrą siostrę i jej nie miał kto złapać), i alpejskie kombinacje jak między wózkiem mokrym, basenowym a suchym, naszym przebrać tą B. Przypominam - nie postoi. Przypominam również - nie ma na czym jej położyć ani za bardzo posadzić, bo ten niby przewijak cały się chwieje. Prawa fizyki są dodatkowo bezduszne, bo do mokrego ciała  wszystko inne się klei. A B. nie ma cierpliwości; mokra B. i zimna B. to bardzo wkurzona B. Lecą więc wtedy bluzgi, skargi i gorzkie żale. Mokre spodnie (te co miały być suche) wkurzają dodatkowo, bluzki zalane wodą z włosów, no i same włosy... Lecimy na dwie suszarki i cztery ręce, a B. zwykle wtedy krzepnie i wychodzi z hipotermii, czyli powoli wraca jej humor. Mniejsza szkolona od urodzenia robi wokół siebie wszystko sama i to jest naprawdę zbawienne. Jak po tym wszystkim zobaczymy uśmiech tej większej i zadowoloną Mniejszą biegnącą do automatu z kulkami z Bóg jeden wie czym to wiemy, że znów się udało, że misja zakończona sukcesem (nieważne już w jakim stylu). Że wszystko co straszne idzie w zapomnienie i można wracać do domu... 

Tak... Nadal wierzymy, że dla tego uśmiechu warto. Choć w połowie suszenia minimum dwie z czterech osób zawsze mówią "nigdy więcej z Wami nie jadę" ;)

                                                                                                A. 

Grafika: poolroof.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz