To będzie wpis urodzinowy sponsorowany przez literkę B i cyfrę 17. Robiłam co w mojej mocy by był taki jak zwykle, niestety nie udało się. Piszę go od ponad tygodnia i żadna wersja nie jest taka jak chciałam, czyli maksymalnie prawdziwa jednak bez zalewającego mnie w listopadzie smutku i z nadmierną ilością bełkotu emocjonalnego. Z jednej strony chciałam by był jak najbardziej optymistyczny, bo jednak 17 lat z rettem to nie byle co, z całego serca jestem wdzięczna za to jaka jest ta moja mała-duża córeczka. Z drugiej zaś strony nieuchronnie kończy się pewien etap a ten co ma się zacząć wymaga nie dość, że bardzo konkretnych działań formalnych to jeszcze pewnej emocjonalnej ekwilibrystyki. A więc najpierw klasycznie, a potem - gorzkie żale ku pokrzepieniu serc wszystkich rodziców wciskających w dorosłość swoje niepełnosprawne dzieci. Znaczy - "dzieci". Dzieci na zawsze...
Z okazji Blanki urodzin chcę podziękować wszystkim, którzy nas wspierają. Tym nowym i tym co są wierni B. od lat. Dzięki temu, że dopilnujecie swoich rozliczeń i podarujecie nam swój 1,5% podatku mamy zabezpieczenie i finansowe plecy w razie jakby rett Blanki pokazał pazury. Dzięki Wam są pieniądze na dobre pieluchy, rehabilitację w domu, na wizyty lekarskie i całą masę rzeczy, które wiążą się z jej chorobą.
Samej jubilatce zawsze składam życzenia nie raz, nie dwa, a i dwadzieścia razy. To nie jest przypadek, że urodziła się w Dzień Życzliwości, ona powinna uczyć jak powinno się traktować drugiego człowieka. Jej uśmiech, otwartość, ciągle gotowe do mówienia oczy i całokształt naszej panny powoduje, że świat jest naprawdę lepszym miejscem. Kto doświadczył blankowej energii ten wie, że to promień słońca, który jest w stanie oświetlić każdą ciemność (korzystam z niego na co dzień). Tak trzymaj Mała, walczymy ile sił i uśmiechamy się do bólu szczęk; jak to się mówi never give up, nie?
Siedemnaste urodziny to ostatnie dziecięce urodziny B. i pierwsze w nowej szkole (Panie dały czadu, impreza w szkole była na cztery fajery). Osiemnastka na horyzoncie wiąże się z czymś zupełnie innym niż u zdrowego człowieka, a mianowicie z całą prawno-sądowo przygodą pod tytułem ubezwłasnowolnienie całkowite. Wiedziałam, że przyjdzie w końcu ten moment, bo czas nie bierze jeńców i 2 tygodnie temu złożyliśmy do sądu wniosek oraz wszystkie wymagane dokumenty. Niby formalność i konieczna konieczność a obudziło to we mnie jakiś usypiany latami żal za tym czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie.
Na 18-tkę nie będziemy mieli imprezy z podpitą młodzieżą, którą trzeba będzie porozwozić do domów ani jubilatki ubranej w seksowną mini w objęciach swojego chłopaka. Nie będzie nauki jazdy ani egzaminu. Ani dowodu, dzięki któremu można głosować w wyborach na kogokolwiek. Nie będzie dorosłości, dzieci ani samodzielności. A nie są to jedyne rzeczy, których rodzice dzieci niepełnosprawnych nigdy nie doświadczą. U nas cała ta wyliczanka pt. "to wam rett zabierze" zaczęła się niedługo po porodzie. B. nie miała normalnych chrzcin, bo zaliczyła ciężkie zapalenie płuc w wieku 6 tygodni. Zamiast pięknej rodzinnej uroczystości była dusząca się maleńka B. w różowych śpiochach, łapani na szybko chrzestni w maskach i modlitwy by w ogóle z tego wyszła. Kolejnym etapem, który bardzo zapamiętałam było pasowanie na ucznia... Ten dzień emocjonalnie mnie zmiótł. Pamiętam małą B. przypiętą pasami w fotelu typu słoń, którą wstrząsał kolejny napad i jej nieprzytomny wzrok, gdy dyrka poprzedniej szkoły z wielkim ołówkiem ze styropianu mówiła "mianuję Cię na ucznia grupy rewalidacyjnej". Wszystko było, ołówek, biała bluzeczka, granatowa spódniczka i najwspanialsza w moim świecie 8-latka a jednak bolało niewyobrażalnie. Potem nadszedł czas komunii jej rocznika i kolejnych "klas". Jednego i drugiego nie było. Wybieranie średniej szkoły, dojrzewanie, nastoletnie pasje i miłości. A my jakby obok tego wszystkiego...
Ludzie spoza branży albo w ogóle nie zdają sobie sprawy z faktu konieczności ubezwłasnowolnienia lub, jeśli zdają sobie sprawę, myślą, że wszystko idzie "z urzędu" czyli łatwo. Otóż - nie. Napiszę co wiem na ten moment, czyli na początku mojej drogi, bo uważam że warto, jest bowiem kilka rzeczy, które są delikatnie mówiąc dziwne, absurdalne a nawet bolesne.
1. Pewne procedury mogłyby być w jakikolwiek sposób ułatwione. Pozbawienie człowieka zdolności do czynności prawnych na drodze sądowej w przypadku dziecka chorego od urodzenia lub wczesnego dzieciństwa wydaje się być czymś innym niż próba zabrania tych praw 80-latce z początkami demencji, która ma trzy mieszkania i pokaźną emeryturę. Moje dziecko od samego urodzenia nie decydowało o sobie, przez jej chorobę nie miałam szans nauczyć jej jakiejkolwiek samodzielności. Zależy od nas w okrągłych 100% i nigdy! ani przez chwilę nie było inaczej. Nie mam najmniejszego interesu w tym, żeby pozbawiać jej prawa do decydowania o sobie, bo ją tego prawa pozbawił rett całe lata temu. Muszę iść do tego sądu, bo z dniem jej 18-tych urodzin moja B. nagle nie odzyska zdrowia i nie zacznie decydować o sobie, takich cudów medycyna jeszcze nie widziała. Musimy to zrobić tylko dlatego, żeby móc kontynuować opiekę nad nią tak jak do tej pory i by była bezpieczna. B. nie podpisze zgody na zabieg, nie kupi rano chleba na śniadanie ani nie wyśle cv oraz podania o pracę. Musimy tak jak do tej pory wszystko robić za nią, nic a nic tu się nie zmienia. Myślę, że w takich przypadkach jak nasz pewne procedury mogły by być bardziej ludzkie dla nas, rodziców. Zwyczajnie, przy takiej ilości obowiązków, wydatków i emocjonalnych strat jakie ponosimy codziennie taki bonus od państwa byłby naprawdę mile widziany. Ale cóż... Znam historie matek, które brały swoich 18-letnich synów z ciężkimi objawami MPD na komisje wojskowe taszcząc pod pachą całe tony dokumentów i wózek przed sobą, więc o czym mówimy.
2. B. jak większość dzieci i młodzieży niepełnosprawnej w tych czasach nie jest człowiekiem spoza strefy publicznej kiszonym od urodzenia w komórce bądź w piwnicy. Od wczesnego dzieciństwa ma kontakt z pedagogami specjalnymi, psychologami, psychiatrami, neurologami, logopedami i całą masą specjalistów, którzy mogliby poświadczyć, że stan niemożności decydowania o sobie jest stanem faktycznym. Nikt niczego nie udaje i dlatego też punkt poniższy, czyli po co B. wycieczka do sądu okręgowego w Ś.
3. We wniosku napisałam, że nie ma przeciwwskazań, by B. w rozprawie wzięła udział a zrobiłam tak z kilku powodów. Szczęśliwie jej stan pozwala by jeździła do szkoły, do sklepów czy na basen więc uważam, że może wziąć udział w rozprawie. Po drugie i równie ważne, my jak większość rodziców traktujemy ją normalnie więc nic o niej bez niej. Po trzecie i znając B. - ubawi się tam po pachy, bo taka jest B. Lubi wycieczki, nowe miejsca, ludzi, głosy. Po kolejne - nie mamy nic do ukrycia jeśli chodzi o jej stan więc niech fakty i urok B. mówią same za siebie.
4. Emocje. My rodzice nie jesteśmy z takiej skały jak się może wydawać. Latami jesteśmy narażani na zbyt duże napięcia więc każdy może czasem pęknąć. Zwłaszcza, że takiego ubezwłasnowolnienia przy przejściu dziecka głęboko niepełnosprawnego (umysłowo, to ważne) z dzieciństwa w dorosłość nie da się uniknąć. Słyszałam tyle historii świadczących o bezduszności systemu ale też ludzi przy okazji ubezwłasnowolnienia, że naprawdę będę musiała walczyć ze sobą, żeby się nie uprzedzać i nie oczekiwać najgorszego. Daj Boże życzliwość i urok B. skruszy lód w każdym sercu.
5. Brak informacji. Skąd dowiadujesz się jak przeprowadzić sprawę o ubezwłasnowolnienie swojego dziecka? Z metody prób i błędów i od innych rodziców. Jak to mówi mój ojciec - sąd nie jest od tłumaczenia. Z drugiej strony robimy to najczęściej raz w życiu a procedury są bardzo precyzyjne, nie ma że zrobi się tak czy siak i będzie. Wczoraj dostałam suche pismo z wezwaniem o wyznaczenie kuratora Blanki. Skąd mogę wiedzieć jakie obowiązki ma taki kurator, jakie są tego prawne konsekwencje itd.? Czy nie można by było załączyć jednej kartki z wyjaśnieniem czy nawet linka do jakiejś strony? Nie można było, musiałam podzwonić, przejrzeć internety, popytać, mam przecież masę czasu na tym zasiłku, z dwójką dzieci, jednym rettem, kotem, psem i domem zakopanym w śniegu.
6. Jakoś mi tak jest przez to jej ubezwłasnowolnienie smutno. Tak po prostu. Do bani. Czeka mnie jeszcze opowiadanie o tym wszystkim głównej zainteresowanej ale jakoś ostatnio głowę ma zaprzątniętą szkołą; ja jej, że trzeba wybrać się do sądu a ona mi oczami na to, żebym włączyła jej ukochanego misia. Ja mówię, że tak strasznie mi przykro i żal, że musimy tak świrować a ona, że wspaniały mamy dziś dzień i zobacz jak się pięknie uśmiecham. Także pogadamy kiedy indziej, B. lubi być w tu i teraz a nie latać myślami tam gdzie ja latam, a bywają to straszne rejony :)
Także sprawa rozpoczęta, pewnie będą jakieś ciekawe historie wychodzić po drodze. Oby jak najmniej.
A.


Wszystkiego co najlepsze z okazji urodzin. To smutne,że Blanka nie ma wyprawianej 18tki jak prawdziwa zdrowa osoba jaka wchodzi w dorosłość. Ubezwłasnowolnienie to na szczęście dla Blanki wybawienie zwłaszcza,że jej data urodzenia czy PESEL są publiczne jak i ktoś mógłby na nią nabrać pożyczek czy robić inne przekręty. Czasem nie da się inaczej.
OdpowiedzUsuńMożliwe,że Blanka i tak pomimo iż jest zamknięta "w swoim świecie" podziękuje Ci na swój sposób,że chronisz ją przed złymi ludźmi jacy mogli by ją wykorzystać.
Zwłaszcza,że to już nie dziecko ale młoda osoba jaka nie wie czasem co się dzieje w około.
Pozdrawiam serdecznie. Jestem stałą czytelniczką :-) Śledzę losy Blanki od około 4 lat i wiem jak jest Ci czasem ciężko oraz z jakimi problemami się borykasz Aga. Smutne to,że w Polsce dorosłe osoby niepełnosprawne są dla systemu niewidoczne i cięzko jest uzyskać czasem pomoc dla takich rodzin.