Wyjęłam laptopa, żeby skończyć wreszcie rozpoczęty niedawno wpis, bo niedokończone wpisy drażnią bardziej niż dziura na palcu w skarpetce jednak z pierwszą kroplą jej śliny na mojej bosej akurat stopie uznałam, że należy napisać o czym innym. O tym właśnie. B. siedzi obok mnie jak to często mamy w zwyczaju a ja trzymam jedną nogę opartą o przednie kółko jej wózka. To taka schiza z przeszłości, niby są odbojniki, zabezpieczenia i dodatkowe kółka jednak przy aktywności blankowego tułowia może wydarzyć się wszystko, też to co kończy się glebą w wózku na potylicę. Stąd ta moja noga. Skąd z kolei ta ślina? Zewsząd. W ilościach hurtu, nigdy detalu. O mrokach niepełnosprawności i tym, jak trudne emocje może budzić w człowieku mokre oblicze retta.
Ponad miesiąc temu B. na drodze "ekstrakcji zęba mlecznego" u naszej ukochanej doktor Ani straciła ostatniego mleczaka. Musicie wiedzieć, że człowiek nie-gryzący i nie-chrupiący orzechów nie traci zębów tak łatwo, poza jedynkami i jedną mało stabilną dwójką wszystkie zęby B. musiały zostać brutalnie wyrwane. Oczekiwałam tego dnia z radosną niecierpliwością, bo ubzdurałam sobie, że szczęki bez rozlatanego (i pewnie sprawiającego dyskomfort jak nie ból - mleczaka) to szczęki o wiele bardziej suche. Ale nie, wraz z wyrwaniem wcale nie nastąpiło magiczne osuszenie blankowej sekcji ciała od ust do pępka. Ogromna szkoda, bo mnie ten stan, który trwa od lat trochę już dobija. Ciężko opisać ile czynności człowiek musi zakulisowo wykonać, żeby taka B. wyglądała jak najbardziej sucho. Coś w tym ślinieniu jest skrajnie obnażającego dla całego stanu rzeczy i ja, jak to ja, cały czas z tym walczę, bo w zwyczaju mam nierówną walkę z wiatrakami. Oczywiście w większości przegrywam. Chusty (żadne już tetry) tylko grube, dwuwarstwowe chusty za niemały piniondz idą do szkoły w ilości trzech dziennie, w domu zakładane są kolejne. Buzia smarowana jest, bo jednak ślina to nie muślinowy balsam więc bywa, że podtapiana skóra w końcu się buntuje. Mamy zalane bluzy (których coraz więcej jest w dzikie wzory i kwiaty, żeby nie było widać) i kurtki w cętki czy panterkę. Kombinujemy jak się da a w tej chwili chlusnęła właśnie łyżka jak nie więcej śliny na podłogę obok mojego papcia. Gdyby obliczyć jakieś per saldo to B. jedzie na wiecznym minusie wodnym; wypije mniej niż wypluje sobie pod brodę.
W całej tej zaślinionej historii chyba nie sama ślina ma główne znaczenie, zwłaszcza, że B. nie wygląda na szczególnie nią zirytowaną. Ba, mam wrażenie, że uwielbia te wodne zabawy a im bardziej mnie one drażnią tym jej z tym lepiej. Pytanie tylko czemu ma to na mnie aż taki wpływ poza oczywistym faktem konieczności przebierania jej po dziesięć razy dziennie. W takim wiecznym upluciu jest coś za co wystawiam sobie opiekuńczego minusa. Coś co budzi nawet czasem mój gniew i złość. Jakaś taka flejowatość. Wiem, że ona taka nie jest, wiem, że to jej choroba a jednak ten wymiar niepełnosprawności mojej córki starszej jakoś mnie zawstydza. Ludzie często zwracają mi uwagę, żebym podtarła jej buzię, i nie wiem, czy tego nie widać, ale robię to już całkiem odruchowo po sto razy na godzinę. Czasem nawet przestaje mi się chcieć grać elegancką mamuśkę całkiem ładnej panienki i wycieram tę ślinę swoim rękawem. I jest to robota głupiego, B. ma ślinę na buzi, pod brodą, ślina jej cieknie po szyi, ma oplute kurtki, apaszki, chusty i palce a czasem nawet włosy. Miewa też oplute kolana albo i podłogę wokół wózka. Jak to jest, że po tylu latach nadal widzę te mokre strugi i wydaje mi się, że cały świat zwraca też na nie uwagę, zamiast zauważać, że pod spodem tej mokrej materii jest wspaniała, genialna i przeurocza B. Dobrze, że w takim natężeniu jak dziś nie pływamy tak zawsze.
Pada. Od wczoraj pada, moje świeżo posiane słoneczniki się podlewają i to tak konkretnie, że nie chce mi się iść zobaczyć czy już słychać jak przebijają ziemię. Prawą stopę mam mokrą, klapka - w kropki a B. sukcesywnie zaślinia kolejne centymetry kwadratowe swojego ubrania, które było suche i czyste jeszcze godzinę temu... Żadna melioracja tu nie pomoże, żadne chustki, ścierki ani nic, słońce jedynie. O słońcu, wróć, osusz nasze dekolty, brody i dolne powieki! I zawołaj moje słoneczniki, świat ze słonecznikami zawsze jest lepszy.
A.
Grafika: freepik.com

A nie prościej obwiązać jej głowę czymś miękkim co by pochłaniało tę ślinę? Żeby tak nie kapała i nie spływała?
OdpowiedzUsuń