wtorek, 9 czerwca 2026

Bierzemy misia w teczkę

   Byłam z B. na wycieczce, takiej powiedzmy - branżowej. Kilkanaście dzieciaków głęboko niepełnosprawnych, rodzice, opiekunowie, nauczyciele, wesoły autobus. 
B. była przeszczęśliwa, ona lubi te klimaty. Miejsce docelowe wybrane idealnie pod potrzeby naszych dzieci, jednak trochę ryzykowne jak ktoś wygrał na loterii epi światło-zależną. Mój człowiek miał na szczęście dobry dzień i ani jej oko nie drgnęło na wszelkie błyski, efekty wizualne i udawane pioruny. Z jedzeniem w trasie poradziłyśmy sobie całkiem nieźle, zwłaszcza jak na Blanki możliwości opluwania wszelkich pojazdów i mój krótki na 2 milimetry (zwłaszcza w tej materii) lont. 
Przewijanie? Postrach wycieczek i ubikacje, w których "dla niepełnosprawnych" oznacza uchwyt po jednej stronie kibla. Mam już chyba coś z głową, bo zawsze jak do takich trafiamy to podstawową myślą jest to, że na tej żerdzi powinna siedzieć papuga i  śpiewać, do niczego innego się to nam nie nadaje. Ale szkolna pani pomoc to jest prawdziwa profesjonalistka, pomogła nam tak, że zanim zdążyłam się spocić, B. już siedziała zadowolona na suchej pupie w swoim wózku. 
W obie strony piosenki, żal tylko, że nikt nie zaintonował "gdy strumyk płynie z wolna" bo byłby sentymentalny powrót do przeszłości. Wózki spakowane za nas, elegancka przyczepka na same pojazdy, wszystko jak trzeba. Weszliśmy całą grupą bez kolejki, była przerwa na kawkę, przegryzki, masa głupich żartów i dobrego humoru. Podobało się. B. na pewno. 

Byłam z B. na wycieczce, takiej typowo dla niej. Wiadomo, cały autobus dzieciaków z głęboką niepełnosprawnością i reszta bandy. 
Bodźców jakby odpalił bombę atomową, czasem myślę, że ci niby niezdrowi są z tytanu, ich nie złamie nic. Ćwierć składu krzyczała, druga ćwierć kaszlała, a reszta odpowiednio dyszała, stękała i się śmiała. B. jak przewidywałam - zachwycona, patrzyła przez okno, a  na każdą próbę oplucia przez sąsiada z fotela obok reagowała radosnym chichotem. Przy jedzeniu ręce mi się trzęsły, bo nie dość, że odwaliłam drobne faux pas  (zupa kalafiorowa na wycieczkę ma dużą siłę rażenia zmysłowego) to jednak nowy piękny autobus nie jest naszym autem, które można ozdabiać wedle blankowego uznania. Modliłam się, by tylko nie zaczęła się śmiać przez te 20 łyżeczek a dla uradowanej B. to naprawdę długo. 
Przewijanie? Klasyk, w kiblu żerdź dla papugi, znaczy się dostosowanie przez duże, nomen omen, D. Dzięki Bogu nadeszła pomoc, która wybawiła mnie od łez a B. od pieluchy założonej na głowę.  
Była przerwa na kawę i serniczek a to zawsze brzmi jak kusząca obietnica czegoś najlepszego. No chyba, że ma się kolegę B. w tym serniku a on tylko kawałek sobie chciał wsadzić do oka. Kawowy chill i jeden wielki jazgot. B. spokojna, więc uznałam, że łyżce bitej śmietany się nie oprze, na co ktoś w tym momencie kichnął, co z kolei ona uznała, za żart roku albo i tysiąclecia i rozdysponowała tą bitą śmietanę po okolicznych ludziach i obiektach. 
Trasa powrotna była jak to na wycieczkach - cichsza bo wszyscy zmęczeni. B. zapatrzona w krajobraz za oknem ale z brzuchem wzdętym na wzór 9-miesięcznej ciąży, też jak to ona na wycieczkach. Mój poziom przebodźcowania był taki, że w aucie się rozpłakałam, a B. zasnęła i za nic nie mogłam jej obudzić, by po ludzku przewlec ją do auta a potem do domu. 

Jedna i ta sama wycieczka, dwa oblicza.

Zauważyłam to już dawno, że średnio radzę sobie w środowisku npspr. To znaczy inaczej - to moje środowisko, moja planeta, moje plucie, karmienie, przewijanie, śpiewanie Kundla Burego na zawołanie, mój świat ale całą potrzebę niepełnosprawności, którą mam w życiu realizuje bardzo skutecznie sama B. I to tak na full, na więcej po prostu nie mam siły. Zalety są takie, że przy swoich nie musisz się ani tłumaczyć ani pytać o to jak my tam wjedziemy itd. Główną wadą natomiast jest to, że przy moim zmęczeniu, układzie nerwowym i tym jaka B. na co dzień jest spokojna to zwyczajny masochizm. 

Nie dałabym rady w pracy z niepełnosprawnymi, nie lubię spontanicznego dotyku, nie przepadam za ludźmi w swoim serniku. Nie umiem w gadki do wszystkich a hałas dobija mnie najbardziej... 
 
Dlatego okazjonalnie wspinam się na swoje wyżyny i dla czystej radości B. wchodzę totalnie do jej świata, na takiej na przykład wycieczce. Migrena, trochę łez i lekka wewnętrzna delirka do końca dnia to też nie taka wygórowana cena w sumie, zwłaszcza, że uśmiech bombelka jak wiemy bezcennym jest i kropka. 


                                                                                             A. 

Grafika: freepik.com
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz