Jedna pani drugiej Pani rzecze na placu zabaw: "Ooo, to jak 1700 złoty na miesiąc macie na te chore dzieci toż to jak pensja, kochanieńka. Za tyle to przynajmniej Pani nie żal, że Pani nie pracuje". Szczęka jednej z Pań spadła na podłogę.
Szanowna Kochanieńka, to nie do końca tak jak Pani myśli, bo jednak mało trochę. Za milion trzysta dwa czterysta bym się mogła zastanowić ale i tak skusiłaby mnie zapewne bardziej Blanka w wersji rett-free.
W sumie macierzyństwo ma tak na drugie imię, bo od pierwszego krzyku jedziesz z wybieraniem TEJ lepszej opcji - pampers czy dada, szczepienie 12 w 1 czy 20 w 1, pierś czy krowa, old-schoolowy wózek czy trendi chusta. Później robi się wcale nie mniej ambitnie, bo: angielski czy balet, dziecko wege czy dziecko wyhodowane na parówkach, smoczek czy pogryziona pierś i tak w nieskończoność. Każdą z decyzji okupuje się oczywiście niemałym stresem, bo jak wyszło dobrze to i mąż po ramieniu poklepie albo i po tyłku, a jak wyszło źle to beczysz trzy tygodnie w poduszkę, bo "a nie mówiłem, mogliśmy zrobić inaczej".
"Sezon" w pełni i chciał nie chciał trzeba iść w ludzi poroznosić trochę próśb o 1%. Mam tak niestety, że proszenie kogokolwiek o cokolwiek przychodzi mi z wielkim trudem i wywołuje szereg objawów psychosomatycznych. Jednak co zrobić, walka o B. toczy się też na tym przyziemnym finansowym poziomie i trzeba swoją dumę i uprzedzenie schować sobie do kieszeni.
Moje poczucie misji mówienia o recie, Blance i innych dziewczynkach zawsze jest bardzo silne, dlatego zwykle przy okazji 1% wygłaszam też krótki bądź dłuższy monolog o tym co tam w genomie mamy. Zależy czy ktoś chce słuchać; jak chce, to ma. Nie zmienia to jednak kwestii, że to wciąż prośba.
Dwa tygodnie kolejnej ostrej jazdy padaczkowej za nami (jak Bóg mi świadkiem - nic nigdy więcej nie świętuję, nie ogłaszam, nie opijam, nic, zero, nul). Bilans jest taki, że wszyscy żyjemy, co w pewnym momencie wydało mi się wcale nie takie oczywiste, B. po kilkunastu napadach otrzepała się w dwa albo trzy dni a ja się nadal czuję jakby mnie przejechał pociąg...
A więcej wcale nie musi znaczyć lepiej. Bo było tak, że napady, napady, znów ciągle napady, ale ręce oblizane, trzeba wlec do zlewu i myć. Ona nie miała siły w ani jednym milimetrze, ja za to miałam całe tony poczucia "yes we can!!!", powlekłam Ją więc do łazienki i skończyło się na ubitej o zlew naszej nowiusieńkiej stałej jedynce. Nie posłuchałam zdrowego rozsądku, nie określiłam priorytetów tamtej chwili, chciałam jak zwykle więcej, mocniej, lepiej. Efekt - oblicze Blanki będzie zdobić już zawsze ułamany ząb. Z mojej winy...
Nie będę się za szczególnie o Niej rozpisywać, bo królowa tego bloga może być tylko jedna ;) W życiu natomiast obie są numero uno, i zarówno większa jak i Mniejsza musi umieć radzić sobie w tej naszej patologii.
W moim świecie rett pojawił się w momencie Blanki regresu, nazwany z imienia - jeszcze później. Wdarł się w moje życie i zmusił do poukładania siebie i wszystkiego innego od nowa. Nastąpiło to (i nadal następuje) w niemałych bólach, raz jest łatwiej, raz trudniej ale na pewno nie jest to dla mnie coś absolutnie naturalnego. W przeciwieństwie do mojej Mniejszej...
Tyleśmy się nacieszyli... Cały jeden dzień po naszym świętowaniu wolności od jazd padaczkowych wszystko buchnęło na nowo. Jeszcze nie wiem, czy na stałe czy to kwestia tej cholernej pełni i chwilowy spadek formy, w każdym razie B. w domu, tlen był, wszystko było i po staremu: adrenalinka hula w żyłach cobyśmy nie zdziadzieli już do reszty i nie obrośli pluszem w tym naszym recie. Także tak o...