“Gdzie oni są, ci wszyscy moi przyjaciele - ele - ele - ele…Zabrakło ich, choć zawsze było ich niewielu - elu - elu - elu…”
Okoliczności nie te, czasy inne, dramatyzm zgoła odmienny, ale jakże pięknie i gładko można odnieść te słowa do mojego życia… Nawet nie jeśli o przyjaciół chodzi. Była jedna bliska mi osoba, która została ze mną, a dodatkowo doszły cztery następne. To jest optymistyczny akcent.
Ale gdzie są Ci, którzy tak szumnie zwali się najbliższą rodziną?
Gdzie oni są? Ci na dobre i na złe… Ci co mieli być zawsze, bo łączą nas więzy krwi, wspólne dzieciństwo, masa wspomnień… Gdzie “wojownicy z tamtych lat”?! No i “teraz jestem sam…”
Ot co. Tyle narzekań. Weźmy to na chłodno i bez emocji. Co sprawia, że w momencie gdy staję twarzą w twarz z tragedią (tak tak… moi “przyjaciele”, let’s face it) ich jest coraz mniej i mniej, tak by zniknąć w końcu z mojego życia zupełnie. Dlaczego? Opcji jest kilka:
- Za trudne były moje łzy? Naprawdę? Za dużo ich nie było, przynajmniej w wersji “in public”. Wszystkie, które popłynąć musiały, znalazły ujście w totalnej samotności. Świadkiem była najczęściej tylko Blanka.
- Za trudna byłam ja? No… Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że mimo wszystko “wzięłam to na klatę”. Owszem, nie da się świergolić przy kawce jak się świat spod nóg osuwa, jednak moja postawa nie była aż tak trująca, by nie móc jej znieść. Zwłaszcza jak wielokrotnie mówiło się: “rozumiem, pomogę, będę”
- Za trudna jest choroba Blanki? Bywają gorsze, naprawdę. Owszem, kostucha gdzieś tam za plecami nam lawiruje, bo rokowania nie są optymistyczne, poza tym z miesiąca na miesiąc widzę co choroba robi z Młodą. Jednak nie jest to dziecko z nowotworem, które zadaje masę “niewygodnych” pytań o śmierć, które lamentuje, bo umiera, które jest nieznośne, bo zwyczajnie cierpi. Nie… Blanka jest w miarę możliwości szczęśliwą i słodką osóbką, która bardzo dzielnie znosi to co daje choroba i wydaje się być całkiem pogodzona z losem. Poza tym czerpie z życia, kocha, śmieje się i doznaje. Wszystkimi dostępnymi zmysłami.
- I tu punkt najbardziej rozczarowujący… Jeszcze jak z powodu poprzednich ich nie ma, to pół biedy. Ale może, bo się nie chciało? Szkoda było czasu, energii czy czegokolwiek innego by być z nami??? Tak, w naszej sytuacji, trzeba dać z siebie więcej. Ale więcej w zamian się dostaje…
Nie wiecie jak bardzo z Wami by było mi łatwiej. Ale się już nie dowiecie prawdopodobnie. Bo na szczęście mam kilka osób, na których powyższe punkty nie zrobiły wrażenia. Które po prostu są. I dzięki którym wstaję codziennie rano i walczę o to tak zwane “lepsze jutro” …
Agata
Grafika pochodzi ze strony: www.shadowness.com
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz