Wszystkich zdołowanych poniższym wpisem z góry (z dołu i z boku też) przepraszam… Duszę mi ostatnio jakoś bardzo połamało… Sprytna bestia, nie da się za diabła oszukać. Przekonuję ją, że jest dobrze - dalej w rozsypce. Mówię, że chociaż dobrze będzie - też bez jakiegokolwiek leczniczego wpływu… Z lekarzem i farmaceutą już dawno się konsultowałam, po wielokroć - dusza swoje. Cierpi, płacze… Nieuleczalna, przewlekła, postępująca…
Poradzić mi chciej Magistrze Pigularzu,
Bo chciałbym się pozbyć cierpień mych bagażu
I wiem ja co koi ból krzyża i siedzenia
Poleć mi coś mocnego na ból istnienia…
Farmakologia i medycyna konwencjonalna jest bezsilna… Ba! Medycyna estetyczna również. Dusza boli. Swędzi, gryzie. Płacze i nijak skłonna się poskładać w jeden ładny i zgrabny kawałek. Daje się szarpać tym Rettem i ostatnio nie przejawia żadnego instynktu samozachowawczego. Nie broni się, podjąć walki znów nie chce…
Podejście humanistyczne do duszy leczenia się w ogóle nie sprawdza. Nieuleczalna. Podchodzę zatem ją nie duchowo a praktycznie. Zbieram te skorupy, układam na półkach pod-, nad- i świadomości… Pytania bez odpowiedzi ustawiam po kątach, “Dlaczego???” na karnego jeża, inne (“Jak?”, “Czemu ja?” itd.) upycham gdzie się da… Niech mi tu jak najdłużej się nie pokazują. Chyba tylko “Jak żyć?” zostawię sobie na wierzchu, może akurat uda mi się jakąś słuszną strategię w końcu obrać.
Strasznie wrażliwe to stworzenie. Tak długo żyło pod dyktando hasła “Będzie dobrze”. A tu jeden drobiazg, sytuacja ją przerastająca i wszystko znów w drobny mak… Siedzę i płaczę nad Duszą. Nie umiem jej pomóc… Nie umiem już pomóc sobie…
Agata
W tekście wykorzystano fragment piosenki zespołu Lao Che “Magistrze Pigularzu”
Grafika pochodzi ze strony: www.bloodrose.wrzuta.pl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz