niedziela, 17 marca 2013

Parada nie-równości

    Godzina 7.50. Szkoła specjalna, moloch, Dzieciary zjeżdżają się z całego powiatu. Autobusów, busów i samochodów całe mnóstwo. Na gigantycznym parkingu ani kawałeczka wolnej przestrzeni.

I zaczyna się codzienna parada. Z moich obserwacji wynika, że rodziców zaganiających swoje pociechy do bazy dzielimy na grupy.
Pierwsza, do której należę ja sama, to Ci, którzy swoje chodzące (w zasadzie “chodzące”) Maleństwa wywlekają z auta bądź innego środka transportu, po to by, po zetknięciu małych stóp z ziemią stwierdzić, że następuje totalny odpływ wszelakiej sztywności… Rozpoczyna się faza “człowieka-gumy”, a matki i ojce po wstępnym ogarnięciu się, wleką swoje progenitury ciągnąc je za rękę w kierunku celu. Co poniektóre małe, w tym Blanka, dostają ataku śmiechu, po to by już całkiem iść jak po całonocnej imprezie. Obowiązkowy punkt programu, to rzecz jasna “gleba” przy samochodzie lub gdziekolwiek indziej, coby droga nie była aż tak monotonna i nudna. Motto, do którego należy się stosować, to “padnij - powstań!“ i nie oglądaj się za siebie. Istotą tego stylu zaganiania Dziecięcia do szkoły/przedszkola jest takie dotarcie do drzwi głównych, by samemu nie paść na kolana gdzieś po drodze albo nie zgubić Dziecka czy ewentualnie worka z kapciami. Po dotarciu do bazy Rodzic oddając Dzieciaka pod fachową opiekę sam już nie wie, jak się chodzi i myśli tylko, “Tofik, idź normalnie!”…

Druga znacząca grupa to rodzice pędziwiatrów, których charakteryzuje okrzyk “….(tu wstawić imię pociechy), stóóóój!!!” już od samego otwarcia drzwi pojazdu. U siebie w grupie przedszkolnej mamy dwóch takich, po których tylko kurz pozostaje, a rodzice dobijają do bazy z wywalonymi jęzorami. W tym przypadku obowiązkowy punkt porannego programu to empiryczne doświadczanie świata. Rodzic reagować musi w taki oto sposób: “Nie liż opon!”, “Nie kładź się na ulicy!”, “Nie, petów się nie wkłada do buzi!” i generalnie “Nieeee ruszaj/dotykaj/jedz/gryź/skacz itd!!!”. Dla pędziwiatrów to jest absolutnie niewykonalne, żeby postać w miejscu i poczekać, aż zziajana mamusia lub tatuś zamknie auto. Ten sposób docierania z Dzieckiem do szkoły z parkingu jest z punktu widzenia zdrowotności rodzica najkorzystniejszy, ruch zawsze dobrze robi na wszystko.
Należy tu nadmienić, że w naszej szkole bywają też pędziwiatry zmotoryzowane, które na swoich kółkach rozwijają takie prędkości, że wiadomo, że na nogach się nie dogoni.

Następna grupa, to Dzieciaki przynoszone na rękach, czyli rodzicielski “spacer farmera”. Dziecię na ręce, a pod pachę kapciuszki, pieluszki, sruszki i inny osprzęt niezbędny podczas dnia w szkole/przedszkolu. Rodzicieli uprawiających ten rodzaj dobijania do bazy charakteryzuje mocna umięśniona sylwetka, kurtka typu “Campus” i buty z traperami. Tu mamy do czynienia ze sportami siłowymi i ekstremalnymi, także zawodnicy to naprawdę nie niunie na obcasach i panowie w garniturkach, tylko prawdziwi strongmani.

Mija 8.00. Dzwonek. Całe stado Dzieciarni w różnych stylach dociera jakoś mniej lub bardziej szczęśliwie do swoich baz. Rodzicielstwo ocierając pot z czół, poprawiając połamane okulary, otrzepując kolana z ziemi - wychodzi ze szkoły. Wolność!!! Na 5 lub nawet więcej godzin! To jest warte każdego porannego poświęcenia…
Jedni (zwłaszcza Ci od pędziwiatrów) palą fajki by dojść do siebie zanim odjadą, inni znajdują chwilę na ploteczki ciesząc się staniem bez pląsającego obiektu przyczepionego do ręki, jeszcze inni jak najszybciej ładują się do aut, by zniknąć ze strefy zagrożenia.

I wszyscy wrócą dnia następnego z nową dozą sił i optymizmu na “paradę nie-równości”…



                                                                                         Agata 

Grafika pochodzi ze strony:  rubberstamping.about.com

1 komentarz: