środa, 15 maja 2013

Złośnica łagodnieje...

Wczoraj, mając jeszcze Rudą pod ręką, zaczęłyśmy dumać nad pewnym tematem... Może komuś, kto z gówno-dupo-rettem właśnie zaczyna się "przyjaźnić" coś te nasze dumania pomogą. Bo morał z tej bajki będzie nadziejo-twórczy, a sprawa dotyczy akceptacji. A może raczej pogodzenia...
Jak dobrze wiecie, pozowanie na błogosławioną mamę dziecka npspr to nie moja bajka. Szarpanie, negowanie, rzucanie kur... ku niebu już zdecydowanie bardziej. Jednak pewne społeczne i kulturowe ramy mnie blokują, bo gdyby nie one, to z pewnością od 3 lat leżałabym na podłodze, ewentualnie chodziła po ludziach i wyła wniebogłosy, że mam Retta i, że go nie chcę, i że Mała taka biedna, i generalnie - umieram z rozpaczy i żalu. Trza się jednak pilnować i scen nie robić, bo znów będzie wstyd w rodzinie.
Kiedyś pewna znajoma, też mama dziecka niepełnosprawnego, zauważyła (zresztą chyba słusznie), że ona nie rzuca zaklęć voodoo, klątw i nie życzy śmierci wszystkim zdrowym dzieciom świata. Poza tym akceptuje sytuację w pełni. No cóż... Dla mnie to był (a raczej dalej jest) dosyć długi i bolesny proces. Bo wbrew pozorom, może zaklęć i klątw nie było, ale nudności i wymioty widząc kolejnego rówieśnika mojej Małej, ewentualnie następną szczęśliwą panią w ciąży, to już tak. Omijanie placów zabaw - też było. Unikanie koleżanek z dziećmi z Blanki rocznika - również. Ba! Swego czasu trzy- lub 4-latki w telewizorni nawet doprowadzały mnie na skraj rozpaczy. W ogóle - mówiące dzieci. I chwytające. Czyli generalnie - wszystkie...
Nazwijmy rzeczy po imieniu: mdliło na widok wszystkich "człowieków" w wieku od roku wzwyż. Ich rodzice wywoływali u mnie objawy grypopodobne, a cały obrazek pt. "urocze dzieciątka - szczęśliwi rodzice" doprowadzał mnie do histerii przez około 2 lata... To był naprawdę ciężki czas, bo niełatwo być mamą-rett i przy okazji obmyślać plan masowego unicestwienia wszystkich zdrowych bachorów świata...
Ale! Czas mijał, zmieniała się optyka. Zaczęłam w jakiś magiczny sposób dostrzegać inne rzeczy. Nagle wożąc swe milczące Anielątko po Tesco, mijając trzecią już scenę "Nie kupię Ci tego!!!" "Łeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!", zaczęłam myśleć, że jesteśmy ponad to. Że moja Blanka jest właśnie szczęśliwa, bo jest z mamą na zakupach, są światła, kolory i jest tak fajnie... Nie muszę jej zabraniać, szarpać się, przekonywać... Ani wiecznie argumentować, nakłaniać i prosić. W sumie jedyne co muszę, to dbać o nią i kochać najmocniej jak umiem.
Morał jest taki: człowiek jest jak karaluch, przetrwa i weźmie na swoją karaluszą klatę wszystko. I czas temu karaluchowi może naprawdę uleczyć rany. Bo jak już zmieni się punkt widzenia świata, i gapi na to wszystko z perspektywy podłogi to można zacząć widzieć plusy. I swojego Dziecka i całej sytuacji. Bo i Dziecko wyjątkowe (nie ma innego gatunku, który tak umie w sobie rozkochać cały świat niż panny-rett), i sytuacja ambitna oraz inspirująca... No i wyjątkowi my - rodzice. Którzy mają o tyle spokój duszy, że nasze córki ani nie ukiszą swojego przyszłego dziecka w beczce z kapustą, ani nie zostaną galeriankami czy innymi tego typu wybitnymi osobistościami. Jedno natomiast jest pewne, constans i status quo - będą nas kochać najbardziej na świecie, teraz i zawsze i na wieki wieków, amen :)

                                                                                                Agata

Grafika pochodzi ze strony: www.obrazki.joe.pl

3 komentarze:

  1. Amen!

    Mnie już też coraz mniej mdli... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie też :))) I na razie więcej grzechów nie pamiętam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow!!! Właśnie się oswajam z tym dziadostwem i dokładnie tak się czuję, nie umiem sie z tym pogodzić, ale w końcu widzę, że nie jestem sama...
    Super ujęcie w słowa naszych uczuć.

    OdpowiedzUsuń