wtorek, 11 czerwca 2013

To co królicy lubią najbardziej, czyli ciasto marchewkowe

Gdzieś tam słyszałam, że do pieczenia (i chyba gotowania - ogólnie) trzeba podchodzić z miłością i spokojem. Podczas gdy pierwszego u mnie w obfitość, to już z tym drugim jest znacznie gorzej :p I dlatego jak już się biorę za gotowanie to zwykle z miną męczennicy, chyba, że od przepisu do zjedzenia mija nie więcej niż 20 minut. Z ciastami to już w ogóle jest straszna katastrofa, bo prostu się nie cierpimy. W sumie - one mnie. Do historii już przeszło jedno z niewielu jakie popełniłam jakiś czas temu o złowieszczej nazwie "Wiewióreczka". Nic oczywiście nie wzbudziło moich podejrzeń... ani to, że w składnikach nieobecny był olej czy jakiś inny tłuszcz, ani też to, że wszelkich ziaren i orzechów było objętościowo 3 razy więcej niż mąki... 
Jak się szybko okazało, ciasto było paszą dla gryzoni nadrzewnych ukrytą pod przebraniem ciasta dla ludzi. Mój teściu jest człowiekiem lasu więc jemu akurat smakowało. Od tego czasu wszelkie wypieki omijałam szerokim łukiem, w przeciwieństwie do cukierni.
Ostatnio jednak wyszperałam fajny przepis, bo zdrowy i dla bezmlecznych (prawie) i jeszcze raz podjęłam rękawice kuchenne. Nie wiem, jak to możliwe przy moim artystycznym (a więc nie rygorystycznym a freestylowym) podejściu do przepisów, ale się udało!!! Ciacho jest pyyycha! Oto przepis:
  • 1 i 1/4 szklanki oleju
  • 4 jajka
  • 2 szklanki mąki
  • 2 szklanki cukru
  • 2 szklanki startej marchewki (na drobnych oczkach ale nie koniecznie na tych co się ściera ziemniaki na placki)
  • 2 łyżeczki cynamonu (wg. mnie jedna, to nie jabłecznik tylko marchewkowiec)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki sody
  • orzechy, rodzynki (ja poprzez traumę z "Wiewióreczką" nie dodałam wcale)
  • sól (szczypta, cokolwiek to znaczy)
  • 250 g. serka mascarpone
  • na polewę: 2 łyżeczki kakao, 8 łyżeczek cukru i 2 łyżeczki masła.
 I teraz tak: wszystko odmierzamy jedną szklanką a nie tak jak ja - różnymi. Jajka ucieramy z cukrem (tu pojawia się problem, trzeba wytrzymać aż cukier całkiem się ubije z jajkami, co dla mnie jest torturą, bo nie znam słowa "cierpliwie"). Potem dodajemy olej, mąkę i mieszamy wszystko mikserkiem na wolnych obrotach.

Następnie dorzucamy startą marchewkę i wszystkie te proszki i przyprawy, ew. orzechy czy rodzynki. Ciasto wylewamy do okrągłej blachy i pieczemy 40 minut w temp. 180 st., może nawet ciut dłużej.

Studzimy i przecinamy w poprzek. Przekładamy serkiem wymieszanym z łyżką cukru pudru (można zrezygnować, jeżeli ma być wersja całkiem milk-free). W małym garnuszku zagotowujemy 4 łyżki zimnej wody, kakao, cukier i masło. Polewamy polewą ciasto. 

Dekorujemy wstążkami i kokardkami z marchewki, fiołkami w cukrze, ewentualnie marcepanowymi figurkami zajęcy. Ignorantom proponuję sypnąć posypką doktora Oetkera lub postawić na piękno prostoty i olać posypkę. 



                                                                                       
Podejrzewam, że ta pychotka ma mniej niż 20 kcal, gdyż to praktycznie sama marchewka ;) 
                                                                     Do dzieła!

                                                                                                Agata

3 komentarze:

  1. Wygląda super, ale przeraża mnie ta ilość oleju. Na pewno tyle?

    OdpowiedzUsuń
  2. 100ml oleju ma 800-900 kalorii... x około 4... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Na pewno, marfefka jest i tak trująco zdrowa więc trzeba zalać ją olejem :D Eee tam, ze 20 kcal max :D

    OdpowiedzUsuń