Może mnie trochę poniosło z tym stwierdzeniem, że "mieć retta to brzmi dumnie"... A może i nie? Nie wiem...Akceptacja. To chyba, oprócz choroby samej sobie, najtrudniejsze z czym, chciał-nie chciał, trzeba nam się zmierzyć... Jestem dumna z mojego Dziecka, które walczy wyjątkowo zaciekle z warunkami jakie dyktuje Jej choroba. Jestem dumna z siebie i A., bo ciągle jesteśmy rodziną... Jestem dumna z nas wszystkich, bo dalej umiemy się uśmiechać i codziennie coraz skuteczniej rewidujemy nasze pojęcie szczęścia. Zmieniamy, naginamy, dopasowujemy wszystkie możliwe elementy życia tak, by całość nadal nosiła nazwę "jesteśmy szczęśliwi".
Reciska nie pokocham... Od miłości do nienawiści jeden krok, w drugą stronę - niekoniecznie, więc daleko mi do uwielbienia tegoż. Ale czy mam inne wyjście niż zaakceptowanie go w naszym życiu? Czy jest sens w tak żywym nienawidzeniu go? Przecież nie zniknie... Poza tym jest częścią mojego Dziecka... Nienawiść to jedno z tych uczuć, które ma niewielki wpływ na jednostkę "nienawidzoną", niszcząc rykoszetem "nienawidzącego". Kochać go nie będę, bo zabrał mi bezzwrotnie zdrowe dziecko, jednak "tworzy" w pewien sposób osóbkę, która jest moją najukochańszą córeczką. Tyle, że po przemianie.
Siły potrzebujemy całą masę, żeby zmieniać to co możemy. Żeby stwarzać warunki, likwidować bariery architektoniczne i emocjonalne, generować "szczęśliwe dzieciństwo", dbać o związki, prowadzić dom, leżeć i pachnieć, a przy tym wszystkim - nie zwariować. Nie ma ani 5 deko nadwyżki energii, którą możemy marnować... Każda krztynka się liczy, każda ma znaczenie dla Dziecka i dla nas. Nie możemy zmienić retta, nie możemy zmienić jego objawów, wpływu na dziewczynki, na nas. Nie możemy go z naszego życia wypisać. Po co więc ładować w to towar tak deficytowy, czyli naszą siłę i emocje? Choćby się człowiek skichał, to nie zawróci rzeki, nie przestawi siłą umysłu góry i nie "zniknie" retta.
Znów bywam szczęśliwa... Pomimo retta, bez względu na retta. Coraz częściej zdarza mi się czuć, jak to mówi siostra Gonia, "spokój duszy" i jakąś wewnętrzną akceptację (w sensie pogodzenia a nie rezygnacji). Ale to wymaga czasu, zmarnowanych godzin, litrów łez, kilometrów rozbitego głową muru... Ale przede wszystkim czasu.
"Panie (ew. losie/Matko Ziemio/Matko Naturo itd.), daj mi siłę, abym zmienił to, co zmienić mogę, daj mi cierpliwość, abym zniósł to czego zmienić nie mogę i daj mi mądrość, abym odróżnił jedno od drugiego" – Fredrich Christoph Oetinger.
Agata
P.s.To teoria... Chyba dobre i to :) W praktyce natomiast mam jeszcze dosyć często dni, kiedy gryzę ściany. Cru! Pamiętaj, nie gryziesz ich sama :*
Grafika pochodzi ze strony: www.zosia.piasta.pl
Agatko, jesteś zatem jak wino :)
OdpowiedzUsuńStarzejąc się - gorzknieję, he? :D
OdpowiedzUsuń