Zmiany... Zmiany, zmiany zmiany. Coś mi się w główce ostatnimi czasy przestawia. Może to efekt coraz efektywniejszej akceptacji choroby Małej, może jesień, albo po prostu starość... Ale z dnia na dzień, coraz mniej zwracam uwagę na oburzone spojrzenia, ciekawski wzrok i komentarze typu "A czemu ona tak piszczy/klepie/pluje itd?" To co światu wydaje się być ekstremalnie dziwnym i nienormalnym zachowaniem, dla mojego Króliczka i mnie jest całkowicie naturalne... Teraz. Miałam taki czas, kiedy za każdym bąkiem w towarzystwie, wyciem do księżyca w autobusie czy innym faux pas, mało nie wybiłam sobie zębów zapadając się z hukiem pod ziemię. Efekt był taki, że w obawie o swoje zdrowie psychiczne, zaczęłam unikać ludzi. I miejsc publicznych. A w niepublicznych spuszczałam głowę tak nisko, że ciągnęłam nosem po chodniku... Nie wiem, czy wstydziłam się własnego dziecka, czy sytuacji samej w sobie... Nie miałam ani siły, ani chęci czy posłannictwa, by tłumaczyć, że to/tamto/sramto to efekt choroby, choroby takiej a nie innej.
Jakieś pół roku temu, a może i więcej, coś się zaczęło zmieniać. Pewnie to duża zasługa ludzi, którzy też mają rettka w domu, ale zaczęłam czuć, że mieć retta to brzmi dumnie... Że nie jest to powód do wstydu, a raczej wyjątkowa życiowa okazja, by pokazać światu, jaka jest w człowieku siła! W tym małym dziewczęcym ciałku... I, że z rettem dopiero, można żyć mocniej, czuć więcej, oddychać tak głęboko jak nigdy dotąd...
Teraz, z plakietką na czole "dziecko npspr i jego matka" możemy w końcu robić to na co tylko przyjdzie nam ochota. Ja mogę dawać mojej dziewczynce wszystko na co zasługuje, a Ona może robić wszystko (prawie) co mogą robić zdrowe dzieci. I może być szczęśliwa, przynajmniej na miarę rett-możliwości.
Byłyśmy ostatnio na lodach. Mała zafascynowana jasną kolorystyką i grą świateł, zaczęła radośnie pohukiwać. Na ludzi, na lody, na lodówki, zacieszając przy tym do żyrandola. Padły ze trzy zaciekawione spojrzenia, a ja, o dziwo, nie zajęłam pole possition gotowa do ucieczki. Zagadałam Małą, zaśpiewałyśmy żyrandolowi kołysankę, a gawiedź szybko się nami znudziła. Lody zjedzone, rettMatka spełniona jako matka, a Mowgli najszczęśliwszy na świecie, bo żyrandol był taaaki cudny...
Nigdy więcej nie chcę już mieć tego poczucia "obciachu", że mam "takie" dziecko... Nie wiem, czy był to naturalny etap w godzeniu się z chorobą, ale widocznie musiałam go przejść. Po to, żeby teraz wbijać ze skowyjącym Mowglim w wózku do parku/galerii handlowej czy pizzerii, z dumą i podniesionym czołem...
Agata
Grafika pochodzi ze strony: www.rapgenius.com
"a raczej wyjątkowa życiowa okazja, by pokazać światu, jaka jest w człowieku siła! W tym małym dziewczęcym ciałku..." - A ile siły i determinacji jest w Was rodzice!! Ja mam wizję tłuczenia głową w ścianę codziennie rano z niemocy i innych niszczących uczuć...
OdpowiedzUsuńOoo, ja tą wizję mam mniej więcej co trzeci dzień rano i przez cały PMS :D Walczyć musimy, dla nich... Warto wypruć sobie dla tych naszych dziewczynek wszystkie flaki :)
UsuńOpisałaś właśnie nas - mnie i moją anielicę :) czuję i czułam dokładnie tak samo. mimo, że czasem wraca dół gigant, to ogólnie chyba przeszłam na etap pogodzenia, akceptacji oraz olewania publiczności.
OdpowiedzUsuńTo tak jak ja... To ciągły proces, zalicza się doły i nie ma na to siły.. Byleby ich jak najmniej! Całusy dla Mamy i jej Anioła :*
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńBrawo!!! :)
OdpowiedzUsuń