niedziela, 11 sierpnia 2013

W dobie kryzysu...

Wczoraj miał być taki fajny dzień... W końcu pół dnia w komplecie
bez upału, bez pośpiechu, ot - sobotnie popołudnie dla rettRodziny. Rett chyba wyczuł miękkie i zawziął się na Małą z wybitną zaciętością. Wszystko wzięło w łeb. 
Zaczęło się od dwóch ataków, potem było mega osłabienie, jak to po starciu z madame Epi... Następnie kumulacja tego co szumnie nazywa się Rettem; wrzaski, dychawice, kilkugodzinny płacz, gryzienie rączek i to co my nazywamy blankowym "chodzeniem po ścianach", czyli skrajny niepokój, irytacja i czarna rozpacz. Było wszystko, rett w pełnej okazałości. 
I my, po postępowaniu rutynowym (przeciwbóle, masaż, muzyka, leki na wzdęcia, ziołówki na niepokój, picie, jedzenie, zmiana pieluchy, ubrania, zamknięte rolety i wszelkie inne próby ukojenia) siedzieliśmy jak te ćwoki nad naszym cierpiącym dzieckiem...  Po raz x arsenał broni się skończył, pomysły też. Ba, nawet siły by walczyć dalej. 
Co można w takich chwilach? Nic nie można... Nie można NIC. Poza wzięciem dziecka na kolana (które walczy jak zwierzę obdzierane ze skóry), trzymaniem go na siłę i mówieniem "jestem tu, jestem z Tobą, zaraz przejdzie...". 
Takie dni jak wczoraj, dni aspektakularnego tryumfu choroby, powodują, że wszyscy czujemy się jak po maratonie. Cała trójka. Nawet czwórka, bo psica zawsze wykazuje najwyższą psią empatię, gdy rett atakuje jej dziecko... Nawet kundel czuje obezwładniającą bezsilność.

                                                                                             Agata

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz