wtorek, 1 października 2013

Fioletowy miesiąc

1 października, czyli pierwszy dzień miesiąca świadomości zespołu Retta. Nie mam złudzeń, że nagle cały świat będzie rozumiał czym jest nasz "przyjaciel", ale metoda małych kroczków... Ważne, żeby mówić.
Chciałabym bardzo, żeby chociaż jakiś procent ludzi z naszego najbliższego otoczenia miał świadomość kilku podstawowych prawd. Po pierwsze, że zespół Retta, to nie jakaś tam pochodna albo damska wersja autyzmu. Że to nie mania-klepania, nerwica natręctw ani choroba sieroca połączona z nadgorliwą lub niedogorliwą matką.
Jedno powinno być dla ludzi jasne - zespół Retta (pomimo, że nie wygląda patrząc na słodkie buźki naszych Aniołków) to choroba bardzo ciężka w przebiegu, wyniszczająca i, nie bójmy się użyć tego słowa, śmiertelna... Dopiero z biegiem lat zaczyna "wyglądać" na poważną, a niestety kryterium "czy ktoś wygląda" na chorego jest niestety wciąż podstawowym...
Chciałabym też, żeby ludzie zdawali sobie sprawę jak trudna jest codzienność dziecka z zespołem Retta. Bo to ciągle są dzieci, maleńkie dziewczynki, którym choroba, po możliwości "liźnięcia" normalnego zdrowego życia, funduje koszmar. Jedno jest pewne, one wiedzą, pamiętają, mają świadomość. Że umiały chodzić, chwytać, same jeść, bawić się zabawkami, mówić... Że w zamian dostały niemożliwe do opanowania drżenia, ataki paniki, padaczki, lęki, niemożność zrobienia czegokolwiek same. 
Rzecz pomniejsza - klepanie. Znienawidzone przez rettRodziców "bicie brawo", "kosi-kosi" czy "mycie rączek"... Z mojego punktu widzenia wygląda to tak: stereotypie to nie widzi-mi-się, to nie jest chyba nawet natręctwo. To jakaś homeostaza organizmów Aniołów. Tak jak serce bije, przepona zmusza płuca do oddechu, tak ich rączki muszą żyć swoim rytmem... Jak skrzydła motyla.
Chciałabym tak strasznie, żeby o zespole retta można było dowiedzieć się wcześniej niż trzy lata po regresie, i po długich miesiącach błądzenia po poradniach, klinikach i we mgle. Najgorszemu wrogowi nie życzę, tego co przyszło przeżyć mi i mojej przyjaciółce Goni, czyli bycia w momencie regresu pozostawione sobie samym. Bez hasła "rett" a z naturalnym chyba w tej sytuacji poczuciem, że na zawsze tracimy nasze córki... Żadna z nas nie wiedziała, że to może być regres, po którym jest drugie odmienione życie. Ale jednak życie. Byłyśmy pewne, że nasze dzieci umierają... Bo jak wytłumaczyć sobie, że zupełnie zdrowa dziewczynka z dnia na dzień wymyka nam się z rąk; przestaje mówić, chwytać, nawet patrzeć. Przestaje spać i jeść. Po prostu umiera...
Mówmy ludziom o tym recie. To jedyna droga, żeby naszym dzieciom było choć trochę łatwiej na tej ziemi, ale i na to, by matki i ojcowie nie byli sami w momencie gdy świat osuwa im się spod nóg.

                                                                                          Agata
My pedicure zawsze na fiolet ;)

Grafika pochodzi www.brooklynbutler.blogspot.com

4 komentarze:

  1. Oj święta racja...
    O wielu różnych chorobach się nie mówi.
    A powinno być głośno...
    Uświadamiać ludzi,że "Rett" nie jest zaraźliwy tak samo jak porażenie mózgowe,czy padaczka.
    Niestety wielu ludzi w naszym społeczeństwie tak właśnie myśli.
    Wytykają palcami nasze dzieci i broń boże nawet nie podejdą bo może przypadkiem się zarażą..
    Zgroza.
    Ja życzę Wam jak również i sobie aby nasze społeczeństwo zaczęło być bardziej uświadamiane i aby te nasze dzieci w końcu przestały się czuć jak jakieś wyrzutki na których ludzie palcem pokazują.....
    www.zrozumieccisze.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację... To nadal czuć, że "one są ble". Czuć wzrok, brak akceptacji i masę innych wrednych uczuć. Nie wiem, byłam raz jedyny u siostry Dominiki w Manchesterze. Może to zbieg okoliczności, ale nie czułam się gorsza. Nie czułam, że muszę zapaść się z Blanką pod ziemię. Teraz olewam coraz bardziej, ale tu u nas niestety tej ulgi ciągle nie czuję.
      Włączam blog "zrozumieć ciszę" do ulubionych. Dziękuję!

      Usuń
  2. My nie czuliśmy się gorsi w Turcji będąc z Julą na delfinoterapii.
    Oczywiście jakieś spojrzenia także się pojawiały ale były to raczej pojedyncze przypadki i to nie tubylcy a turyści.
    Tam ludzie są naprawdę życzliwi.
    Na każdym kroku chciano nam pomagać z wózkiem mimo że byliśmy razem (ja i mąż) także radziliśmy sobie...
    A u nas....
    No cóż jak Jula była jeszcze mniejsza i musiałam gdzieś pojechać autobusem czy tramwajem to ludzie wręcz odskakiwali do innych drzwi żeby tylko przypadkiem nie zostali poproszeni o moc w wejściu do środka komunikacji...
    No niestety daleko nam jeszcze do tego aby osoby niepełnosprawne,"inne" były traktowane normalnie...po ludzku.
    Dziękuję za dodanie mojego bloga do ulubionych...ja również to samo uczynię :)
    pozdrawiam i dużo siły i wytrwałości życzę dla Ciebie i ANIOŁKA :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Ścieram błękit z paznokci (a ciężka to sprawa, tkwi na nich od wakacji;D) i daję fiolet. Kupiłam lakier w "chińskie sklep", podobno ma świecić w ciemności! I pamiętaj, że dla Filipka, Wiktora i mnie Blanka to dziewczynka taka jak wszystkie inne, jej choroba nie sprawia że w naszych oczach jest kimś gorszym, cudem do wytykania palcami. Jest "nasza", z całym klepaniem, cmokaniem, w gorsze i lepsze dni. A Ty, idealnie popaprana Mama Anioła, jesteś genialna w tym co robisz - w walce o córeczkę i kreowanie świadomości czym jest Zespół Retta.

    OdpowiedzUsuń