Ostatnio zaliczyłam rozmowę z pewną babką w doktorskiej poczekalni. Powiedziała mi coś, co słyszę dość często, w różnych tylko wersjach. Najpierw zapytała czy "taka młoda dziewuszka" ma już dzieci, odpowiedziałam, że tak, 5-letnią córeczkę, omówiłam jej pokrótce jaką wspaniałą jest dziewczynką, jednak bez wdawania się w zbędne medyczne szczegóły. Ona ciągnęła temat dalej, "Eh, to pewnie już mądrzejsza od mamy, co?", na co stwierdziłam, że może niekoniecznie i że to kwestia choroby (w dodatku - całkiem nie byle jakiej). W tym momencie ludziom zawsze rzednie mina do tego stopnia, że mi zaczyna być głupio. Po chwili usłyszałam tylko krótkie "Boże, się Pani umorduje... I Pani i to biedne dziecko". Myślę, że tego typu zakończenie dialogu zdarzyło mi się dobre 10-15 razy. Wiem, że ludzie zazwyczaj nie chcą ubliżyć, tylko dosyć niezdarnie okazują współczucie. Tak czy inaczej, poczułam się po raz kolejny lekko dotknięta (no może - trzepnięta w łeb). Bo czego ta kobieta mi współczuje? Nie tylko choroby, która dotknęła akurat nas, ale też chyba mojego dziecka samego w sobie. Które w pewnym sensie jest sprawcą tego, "że wszyscy, mój Boże, tak się w życiu umęczymy..."
Zawsze próbuję nie zostawiać mojego rozmówcy (o ile rzeczywiście jest życzliwy) z poczuciem, że właśnie poznał kogoś, kto niesie przez życie krzyż o wadze przekraczającej wagę jego samego i któremu gile mieszają się ze łzami w dzikim i przeciągłym egzystencjalnym szlochu. Poczułam się w obowiązku uzmysłowić tej miłej kobiecinie, że jedni mają takie waruny, inni - inne i że szczęśliwym można być tak naprawdę w każdych. Trzeba tylko ciut więcej determinacji. Dodałam, że nikt w naszej rodzinie nie ma poczucia bycia mordowanym przez życie, nikt za nikogo flaków sobie nie wypruwa, nie poświęca swego żywota ani nic z tych rzeczy. Owszem, nasza rzeczywistość bywa bardzo trudna, ale jest też piękna i kolorowa. Tak jak życie - ma tyle samo wad co zalet. Akurat tej Pani nie udało mi się chyba przekonać, bo pokiwawszy smutno głową i ze spuszczonymi jak spaniel uszami dodała tylko "Ale nigdy nie pójdzie Pani do pracy... Męka, Pani, męka. Całe życie złamane". Wtedy weszła do doktora, a ja zostałam sama z "I co z tego?!" w głowie.
Przy tej okazji chcę zaznaczyć jasno i wyraźnie - moje dziecko nie jest, nie było i nie będzie czynnikiem, który złamał mi życie czy cokolwiek innego. Zrobię wszystko, żeby miała poczucie, że nikt z powodu jej choroby się nie morduje. Bo jest dla nas najważniejsza, w dodatku - właśnie taka jaka jest.
A.
Grafika pochodzi ze strony: goingon80.wordpress.com
Oj też wielokrotnie się z tym spotykam... do przyjemnych to nie należy szczególnie jeśli Jula jest ze mną i słyszy te wszystkie głupie gadki....
OdpowiedzUsuńNo bo przecież one to rozumieją...
UsuńPrzeczytałam gdzieś pod artykułem o niepełnosprawnych dzieciach i ich rodzicach komentarz, że "jeśli rodzic już zdecyduje się wychowywać swoje niepełnosprawne dziecko (!!!) to powinien odpowiadać na pytania ludzi dotyczące choroby (kur*a - jest to nasz zasrany obowiązek!!!), bo dzięki temu uniknie dorabiania sobie przez ciekawskiego własnych teorii i niestworzonych rzeczy, bądź też po prostu uniknie dzięki temu obojętności, która jest najgorsza" (dla kogo? ja tam sobie cenię obojętność mijających mnie ludzi bardziej niż ich ciekawskość). Kto daje prawo obcej osobie zaczepiania mnie i pytania co dolega mojemu dziecku??? Czy ja się pytam przechodzące obok mnie osoby na co chorują? Czy to, że u mojego dziecka widać chorobę upoważnia obcych do zadawania pytań? Albo zobowiązuje mnie do odpowiedzi na nie? Chamstwo i brak kultury. Szczytem wszystkiego jest pytanie (przy dziecku) jak długo żyją "takie" dzieci. Pozostaje zapytać "A Pani ile jeszcze zostało?"...
OdpowiedzUsuńOo! Tak, tak, znam to "Ile jeszcze pożyje?", "Da się to to wyleczyć?" itd. Rzeczywiście chyba obojętność jest lepsza niż wścibski wzrok.
UsuńA z drugiej strony, to my nic nie musimy! Ewentualnie możemy, albo chcemy - np. pokazać komuś język :p
Piekne słowa! Może spróbuj kiedys takiemu rozmówcy powiedzieć ze jesteś dotknięta takimi słowami... u nas jest zwyczaj biadolenia o narzekania na wszystko, ta pani na pewno nie umiała inaczej ;) niestety...
OdpowiedzUsuń