Albo nawet, nie ubliżając nikomu, dzień świra. Ostatnio tak się poskładało, że Mała musiała ze mną zostać pewien dłuższy czas w domu. I pomimo 5-letniej praktyki nadal odkrywam jaką psychodelą może być dzień domowego przedszkola. Dzień jak dzień, ale tydzień, dwa... Pewnie to kwestia niespokojnej natury, ale przysięgam - idzie zgłupieć. Dzień od dnia różni w sumie tylko aura na dworze i kolor rajstopek. Codziennie to samo. Czyli co? Never-ending story w kilku aktach: trochę chodzenia w mocno freestylowym wydaniu, kilka prób usypiania, karmienie, przewijanie, uspokajanie i dla odmiany i podniesienia tempa - atak. Tak z 10 dziennie minimum.
Nastroje Blanki też jadą z jednej puli: śpiąca, niespokojna, zmęczona, roześmiana, niespokojna, śpiąca, niezadowolona, zmęczona, rozpłakana, roześmiana, zmęczona itd w koło.
Wiem, może grzeszę... Ale to chyba kwestia dzisiejszego zmęczenia, a może raczej - znużenia. W sumie ciągle robimy to samo: słuchamy kolęd, idziemy na spacer, patrzymy na lampy i kinkiety, śpiewamy, jemy, przewijamy... Ze zdrowymi dziećmi zmuszonymi do domowego przedszkola można porysować, zbudować z kartonu autobus, pobawić się w to czy tamto. Ograniczeniem jest tylko wyobraźnia. Moja przy Blance coraz częściej wysiada. Zresztą trochę już sobie musiałam odpuścić proponowanie równie ciekawych co rozwijających zabaw. Doprowadzałam ją tylko do szału, co innego ulubione kolędy, śpiewanie piosenek czy kontemplacja urody lampy w dużym pokoju...
Dziś wywaliłam jej (nie do końca w żartach), że jest największą nudziarą świata. Popatrzyła na mnie z politowaniem, a potem zaraz zaczęła się wkurzać. Po minucie odkryłam, że zasłaniam jej widok na wieżę która mryga światełkami i gra "Dzisiaj w Betlejem". Eh... I dlatego też postanowiłam nie zabierać jej więcej dzieciństwa, podgłośniłam muzyczkę i oddaliłam się egoistycznie na komputer. Pokory Agato, pokory... Blanka swoje prawa ma.
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.polskieradio.pl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz