niedziela, 15 czerwca 2014

Perypetie z Panem Kibelkiem

Temat delikatny toteż ograniczę się do pewnych ogólnych doświadczeń i mądrości i powstrzymam się od załączenia zdjęcia z modelką na tronie. Od początku wiedziałam, że kwestia pieluchowania przez całe życie będzie dla mnie trudnym tematem... Nie, że ja jakaś delikatna paniusia z tipsami czy co, bardziej tak emocjonalnie - ten fakt może rodzica boleć. Dlatego też, gdy stopniowo odpuszczałam sobie kolejne podpunkty z listy "Czego nauczę swoją Córkę", tego akurat byłam pewna, że walkoverem rettowi oddać po prostu nie można.
A problem okazuje się być całkiem skomplikowany... Jedno to sygnalizowanie "chcenia kupy" (co jest trudniejsze zwłaszcza gdy się nie mówi i nie pokazuje; zawsze jednak można użyć magicznej pozy pt. "przyczajony tygrys, ukryty smok") a drugie to samo przyzwyczajenie szanownych małych 4 liter do odpowiedniej pozycji. Z tym drugim, wbrew pozorom, też może być niemały problem, wiem, że są dzieci niepełnosprawne, które tylko w pozycji stojącej potrafią zrobić to co należy. A wtedy oduczyć je tego zwyczaju i nauczyć, że siedząc na WC jest lepiej, może być naprawdę trudno.
A więc od początku zakładaliśmy z A. pewien dogmat - B. robi kupę w pozycji siedzącej. Nie ma innej opcji, żadnego czajenia się z wypiętym tyłkiem w pielusze. Jak padło mową ciała hasło "Uwaga, idzie!", B. natychmiast była sadzana na nocnik. Z nim też było zawsze wesoło, bo albo grał i straszył, albo się zginał na boki albo (tak jak teraz) - B. z niego spadała. Jedno, pomimo wszelkich atrakcji, się nam udało - nocnikofobii nie ma! 
Jakiś czas temu zauważyliśmy, że blankowe długie kończyny (po mamusi je ma) nie bardzo już chcą się dać usadowić na nocniku - Mała jest już po prostu za długa. Oczywistym krokiem wydawała się nakładka na WC; mieliśmy chyba ze 3 albo 4 różne i każda w jakiś magiczny sposób się ześlizgiwała, albo zrzucając B. pralce do stóp, albo myjąc tyłek w czeluściach naszego sprzętu sanitarnego. A. zaczął myśleć... Ja zaczęłam myśleć... I wtedy przypomniało mi się o wynalazku, o którym mówiła mi Gonia i który w całej Europie jest chyba standardem - rodzinnej desce do WC z klapą i wmontowaną małą deską dla dzieci. Wszystko razem, nic się nie rusza, nie spada i tylko od wymiaru 4 liter zależy której wielkości "wlotu" użyjemy. 

Wcale nie było łatwo ją kupić, w Juli teoretycznie dostępna, w praktyce nie ma, przez internet - ceny zabójcze i rozmiary nie takie, ale na szczęście jest jeszcze Mrówka. Stówka nie nasza ale ile radości :) Nowy nabytek został zamontowany i natychmiast przeszliśmy do fazy testów na ludziach. O dziwo, doszedł jeszcze jeden czynnik uświadamiający po co się na panie Kibelku siedzi - efekty dźwiękowe, których w nocniku nie było! B. ze zdziwieniem słucha co tam z pluskiem wpada i widać, że naprawdę kuma związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy siedzeniem na tronie, pieszczącym uszy pluśnięciem i współtowarzyszącą aromaterapią. Czasem się jeszcze kupa w pielusze zdarzy ale to naprawdę musi być związane z naszym lekceważeniem sygnałów albo nie wyrobieniem się w czasie z wysadzeniem w ustronne miejsce. Tak czy inaczej, chociaż w tej materii mamy sukcesy! Cieszy to, strasznie cieszy :)))


                                                                                               A.


P.S. Wszystkich obrzydzonych i tych co kupy nie robią, z góry przepraszam :)


Grafika pochodzi ze strony: www.alcaplast.pl i www.dzieci.pl

4 komentarze:

  1. Super tekst! Dzieki za odwage i szczerosc. My tez mielismy/mamy swoje "atrakcje kupowe":-) Pozdrawiamy. Natalia

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ to żadna odwaga, sprawa podstawowa i fundamentalna jak oddychanie :D U nas tym weselej bo rett we wszystko swoje zasrane (o, też w temacie :p) 3 grosze wciśnie :)

    A więc nie ma co się poddawać, walczymy! O Q-pę przez duże "Q" :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakie proste rozwiązanie (z tą deską podwójną), a ja nawet o nim nie słyszałam;) skandal!

    OdpowiedzUsuń
  4. Tych co kupy nie robią :D Hahaha!! Przewdziecznie ujęłaś temat :)

    OdpowiedzUsuń