Temat delikatny toteż ograniczę się do pewnych ogólnych doświadczeń i mądrości i powstrzymam się od załączenia zdjęcia z modelką na tronie. Od początku wiedziałam, że kwestia pieluchowania przez całe życie będzie dla mnie trudnym tematem... Nie, że ja jakaś delikatna paniusia z tipsami czy co, bardziej tak emocjonalnie - ten fakt może rodzica boleć. Dlatego też, gdy stopniowo odpuszczałam sobie kolejne podpunkty z listy "Czego nauczę swoją Córkę", tego akurat byłam pewna, że walkoverem rettowi oddać po prostu nie można.A problem okazuje się być całkiem skomplikowany... Jedno to sygnalizowanie "chcenia kupy" (co jest trudniejsze zwłaszcza gdy się nie mówi i nie pokazuje; zawsze jednak można użyć magicznej pozy pt. "przyczajony tygrys, ukryty smok") a drugie to samo przyzwyczajenie szanownych małych 4 liter do odpowiedniej pozycji. Z tym drugim, wbrew pozorom, też może być niemały problem, wiem, że są dzieci niepełnosprawne, które tylko w pozycji stojącej potrafią zrobić to co należy. A wtedy oduczyć je tego zwyczaju i nauczyć, że siedząc na WC jest lepiej, może być naprawdę trudno.
A więc od początku zakładaliśmy z A. pewien dogmat - B. robi kupę w pozycji siedzącej. Nie ma innej opcji, żadnego czajenia się z wypiętym tyłkiem w pielusze. Jak padło mową ciała hasło "Uwaga, idzie!", B. natychmiast była sadzana na nocnik. Z nim też było zawsze wesoło, bo albo grał i straszył, albo się zginał na boki albo (tak jak teraz) - B. z niego spadała. Jedno, pomimo wszelkich atrakcji, się nam udało - nocnikofobii nie ma!
Jakiś czas temu zauważyliśmy, że blankowe długie kończyny (po mamusi je ma) nie bardzo już chcą się dać usadowić na nocniku - Mała jest już po prostu za długa. Oczywistym krokiem wydawała się nakładka na WC; mieliśmy chyba ze 3 albo 4 różne i każda w jakiś magiczny sposób się ześlizgiwała, albo zrzucając B. pralce do stóp, albo myjąc tyłek w czeluściach naszego sprzętu sanitarnego. A. zaczął myśleć... Ja zaczęłam myśleć... I wtedy przypomniało mi się o wynalazku, o którym mówiła mi Gonia i który w całej Europie jest chyba standardem - rodzinnej desce do WC z klapą i wmontowaną małą deską dla dzieci. Wszystko razem, nic się nie rusza, nie spada i tylko od wymiaru 4 liter zależy której wielkości "wlotu" użyjemy.
Wcale nie było łatwo ją kupić, w Juli teoretycznie dostępna, w praktyce nie ma, przez internet - ceny zabójcze i rozmiary nie takie, ale na szczęście jest jeszcze Mrówka. Stówka nie nasza ale ile radości :) Nowy nabytek został zamontowany i natychmiast przeszliśmy do fazy testów na ludziach. O dziwo, doszedł jeszcze jeden czynnik uświadamiający po co się na panie Kibelku siedzi - efekty dźwiękowe, których w nocniku nie było! B. ze zdziwieniem słucha co tam z pluskiem wpada i widać, że naprawdę kuma związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy siedzeniem na tronie, pieszczącym uszy pluśnięciem i współtowarzyszącą aromaterapią. Czasem się jeszcze kupa w pielusze zdarzy ale to naprawdę musi być związane z naszym lekceważeniem sygnałów albo nie wyrobieniem się w czasie z wysadzeniem w ustronne miejsce. Tak czy inaczej, chociaż w tej materii mamy sukcesy! Cieszy to, strasznie cieszy :)))
A.
P.S. Wszystkich obrzydzonych i tych co kupy nie robią, z góry przepraszam :)
Grafika pochodzi ze strony: www.alcaplast.pl i www.dzieci.pl

Super tekst! Dzieki za odwage i szczerosc. My tez mielismy/mamy swoje "atrakcje kupowe":-) Pozdrawiamy. Natalia
OdpowiedzUsuńAleż to żadna odwaga, sprawa podstawowa i fundamentalna jak oddychanie :D U nas tym weselej bo rett we wszystko swoje zasrane (o, też w temacie :p) 3 grosze wciśnie :)
OdpowiedzUsuńA więc nie ma co się poddawać, walczymy! O Q-pę przez duże "Q" :D
Jakie proste rozwiązanie (z tą deską podwójną), a ja nawet o nim nie słyszałam;) skandal!
OdpowiedzUsuńTych co kupy nie robią :D Hahaha!! Przewdziecznie ujęłaś temat :)
OdpowiedzUsuń