wtorek, 5 maja 2015

Nie jest łatwo być matką dwójki dzieci (i retta)

Obiecałam sobie nie napisać nigdy żadnego tekstu, z którego mogłoby wynikać, że żałuję posiadania dziecka nr 2, bo jest wręcz odwrotnie. Mniejsza ratuje od zwariowania i jest nadzieją na balet dla 3-latków ;) Ale fakt jest faktem, że w pewnych kwestiach manie (bycie właścicielem, posiadanie, czy jak tam) rettki plus drugiego dziecia to macierzyńskie sepuku. 
Jak wiadomo, Blanka zdecydowanie zawyża przedszkolną średnią gilowo-epidemiologiczną w związku z czym do poprawczaka wpada czasem jako gość. Niestety nie mamy domu bez schodów tylko wysokie pierwsze piętro w kamienicy a mi do Pana Burneiki też dosyć daleko, Mniejsza jest jeszcze mała, Większa jest już duża. I to wszystko razem do kupy rodzi szereg komplikacji. Bo w ciągu dnia Tato jest poza domem ok. 10 godzin, a Babcia z reguły pomaga przez 3-4. Zostaje nam 6 kiedy jesteśmy tylko my trzy.
Teraz mamy wesoły etap, kiedy to B. nie może już postać, potrzymać głowy, nogi etc. gdy trzeba a Mniejsza ma wewnętrzny imperatyw bycia między wódką a zakąską i wszędzie tam, gdzie niekoniecznie jest mile widziana. Technicznie wygląda to tak, że przewijam B., a Mniejszą mam: a) delektującą się zużytą pieluchą siorki, b) liżącą sedes, 3) rozbeczaną, bo B. ją kopnęła. Z innymi czynnościami jest podobnie. "Pomaga" kąpać, karmić, poić Blankę i wynikają zawsze z tego jakieś jaja. W łóżeczku uwięzić nie ma mowy, raban na pół dzielnicy. I tak tłumaczę, że nie podchodź, Blanusia kopnie, nie ciągnij Jej, bo polecicie obie, nie, nie, nie... Moje młodsze Dziecko ma w sumie na drugie imię "Nie wolno".
Kolejna rzecz, która zawsze daje mi po moim nadambitnym ego - wychodzenie z domu, spacer, teleportacja z punktu A do punktu B. Czego ja nie próbowałam... Cholerne schody, a obie panny są póki co nogami niemobilne (i raczej ruchowo nieprzewidywalne). B. posiedzi jak zniosę Mniejszą, ale muszę rozwijać trzecią prędkość kosmiczną; napad może zdarzyć się zawsze i wszędzie. Posiedzi jak posiedzi, zwykle przybije gdzieś gwoździa. Mniejsza nie posiedzi nigdzie bo ucieknie. Spacerki z dwoma? Bezszansie. Dostawki, chusty, dwa wózki - nie przy mojej krzepie i 57 kilo wagi. Nie dam rady. Bardzo trudno było mi to przyznać, ale wynoszę je obie sama na dwór tylko wtedy gdy naprawdę muszę. Po kawałku, jedna siedzi na ziemi, drugą donoszę i tak aż do auta. Czasem trzepnie mnie coś w łeb i biorę je za kamienicę na podwórko. Jak się bujniemy raz na czas to mam dość na następne dwa miesiące.
Kolejna rzecz - komunikacja. B. nie uznaje, Mniejsza też jeszcze nie bardzo. Tzn. obie CHCĄ bardzo stanowczo i wiedzą, że chcą TO. O TO, nie tamto!!! TO!!!!!!!! Wzbudzam w sobie wróżbitę Macieja, z różnym efektem by szybko mogły dojść do wniosku "Ej, stara nie kuma, które TO" i wszcząć awanturę. No ale cóż.
Bywa zajebiście trudno, zwłaszcza technicznie. Daje o sobie znać brak trzeciej ręki, nogi czy czego tam innego ale serca są dwa, więc jakoś się wszystko równoważy. Nie zamieniłabym tego cyrku na żaden inny.

                                                                                             A.

Grafika pochodzi ze strony: macierzynstwo-bez-lukru.blogspot.com

2 komentarze:

  1. Już od dłuższego czasu dumałam, jak Ty to robisz;)?
    Mama Saszki i Kajtka (oraz Dawida) ma podobnie;) http://kajtusiowy.blog.onet.pl/
    przyznam się szczerze - ja tego nie widzę!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. dziś mały człowiek postanowił, gdy ja szykowałam leki, napoić swą starszą siostrę strzykawką...
    wylany sok, wystrzelone picie ze strzykawki, bynajmniej nie do buzi damy, zszokowana dama i dumny mały człowiek oznajmujący " dzidzio dał pić...
    bardzo chciał pomóc w sprzątaniu, hmm czemu nie skorzystałam...
    bezcenne;-)

    OdpowiedzUsuń