środa, 30 grudnia 2015

Przedsylwestrowy prawie-monodram

Pewnie przyznanie się do tego typu akcji spowoduje, że ci nieliczni (o ile w ogóle tacy jeszcze są), myślący, że jestem super już tak myśleć nie będą. W sumie nigdy na miano super-matki nie aspirowałam więc może to i dobrze. Albo ktoś, kto ma tak parszywe poczucie klęski jak ja teraz poczuje się lepiej, że nie jest w tym sam... No ale do rzeczy.
Występują: ja, B. i Mniejsza, oraz nasza Ambu (w roli pierwszoplanowego rekwizytu, która przypominam- jest kobietą). Akcja dzieje się wczoraj, z zaskoczenia (bo przecież poprawa, bo wiara, nadzieja, miłość, nowe leki, plany, plany, życie, hej! itd.).

Kurtyna w górę.
Wtorkowe lejzi popołudnie, a nawet black Tuesday (jak się ma okazać później). Mniejsza tyleż kreatywnie co ryzykancko cuduje, B. myśli. Niby nuda. Nagle w kilka sekund B. robi się sztywna, napad rozkręca się jak lawina, jest sinienie, wszystkie towarzyszące "atrakcje" oraz nowość – język grzęźnie Jej między zębami. Ja, mimo, że zwykle zachowuję zimną krew w sytuacjach mocno kryzysowych (no nie było ich tak wiele ale jednak), wychodzę pomału poza schemat. Szukam Ambu a ta gdzieś na mieście, drę uprzejmie japę „wracaj mała, jak cię dorwę, to...” ale jej nie ma, Mniejsza schowała. W końcu znajduję, a B. zaczyna mi biegać po kwiecistych łąkach, usta sine, pazury sine, oczy już na wakacjach po tamtej stronie. Zrywam pieluchę, Mniejsza ryczy, bo chce przecież tą super zabawkę - wlewkę i szarpiemy się luzacko kilka dobrych sekund, mamy przecież czasu a czasu na takie igraszki. W końcu próbuję rozerwać to małe słodkie opakowanko, odkręcić tą cholerną maciupią zakręteczkę. To nie jest trudne, gdy ma się ręce spokojne, a jako, że jest jak jest to odgryzam temu ustrojstwu plastikową końcóweczkę przy okazji wlewając dobrego mililitra w swoje gardło. W końcu wlewka trafia tam gdzie jej miejsce, ale B. nadal hasa między makami czy gdzie tam ale to już tylko Ona wie. Mówię „wracaj, żarty się skończyły, mama jest zła”, ale B. odfruwa coraz dalej. Zaczynam się drzeć „Wracaj do jasnej cholery (i inne łaciny)!” a Ona nadal sina i totalnie poza zasięgiem moich sieci. Tu następuje punkt kulminacyjny, czyli okładanie na oślep łapami po czymkolwiek i szarpanie, byleby tylko wracała, włącznie z (Szymonie Majewski, Pani Mario Czubaszek, sorry, nie wymyślilibyście tego, ale ja tak): „B. oddychaj do diabła, bo Cię zabiję!!!”...
Wlewka zaczyna w końcu wspaniałomyślnie działać, B. opuszcza niechętnie swoje kwieciste przestworza, wraca do skopanego rett-ciała i nabiera koloru. Ja siedzę ze sparaliżowanym od relanium jęzorem i wyję jak zwierzę a Mniejsza gapi się z otwartą paszczą myśląc zapewne: „Ale jazda...”.
Kurtyna w dół.

Nie byłam na te kilka minut gotowa, nadzieja kompletnie uśpiła moją czujność. Nie poradziłam sobie z emocjami. Nie zrobiłam tego tak jak trzeba, tak jak dziesiątki już razy. Zapieprzyłam. Dupa.

Hepi nju jer, zatem! Przyszły rok, jak to mówią, będzie lepszy ;)

                                                                                       A. 

Grafika pochodzi ze strony:  shutterbuggeek.wordpress.com

9 komentarzy:

  1. Pozostaje mieć nadzieję, że przyszły będzie jednak lepszy, czego bardzo gorąco Wam życzę. I przestań marudzić, że "Nie zrobiłam tego tak jak trzeba", bo ty razem to ja "Cię zabiję". Blanka wróciła, więc lepiej być nie mogło, prawda? No :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, tak :) Jest, to naj najjjjjważniejsze.

      Usuń
  2. Trzymam za Was kciuki, bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedawno pomyślałam, że jak Ktoś podpisuje się "Kaszmirowy Dom" to musi mieć swojego blogspota :) Znalazłam. Nie znam się na tym kompletnie, mój dom jest zwykły, zwyczajny, nudny i w ogóle, ale tak się "nażarłam" oczami, tak się zapaliłam, tak odpoczęłam... Cudnie piszesz, wspaniale pokazujesz. Soczyście, prawdziwie, domowo... W takim najlepszym tego słowa znaczeniu. Bez zadęcia typowego dla tych dizajnerskich blogów. Dziękuję! <3

      Usuń
    2. Buziaki, kochana :) Dziękuje :)) i nadal bardzo mocno za Was trzymam kciuki.

      Usuń
  3. Ten sam tekst miałam jak się podobnie bałam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. ekhem, i Ty piszesz, że zazwyczaj tak nie reagujesz? Ze to nie jest norma?? U mnie byłaby, to pewne. Nie wiem dokładnie jak ja bym się zachowała w powyższej sytuacji, ale z pewnością wywaliłabym z siebie cały ten kosmiczny strach przez bluzgi, a nawet, jestem zupełnie pewna, rzuciłabym jakimś przypadkowym przedmiotem, i to rzuciłabym mocno...

    OdpowiedzUsuń
  5. Liczy się tylko to,że wróciła...Pamiętaj
    Całuję

    OdpowiedzUsuń
  6. Ty to masz talent! W jednej chwili się śmieje na głos, a w drugiej łzy spływają po policzkach!.. pozdroweczki!!!

    OdpowiedzUsuń