Leżeliśmy niedawno (tzn. A. i B. a ja tylko z doskoku) na tym cholernym
oddziale neurologii dziecięcej, bankowo będziemy leżeć jeszcze nie
raz i poznaliśmy tam pewną wyjątkową Mamę i jej Córkę. Ich historia dała nam mocno po głowie... Chyba mocniej niż sam nasz pobyt i doktorskie pomysły na przechytrzenie padaczki B. Teraz czemu wspominałam o tej Mamie ze szpitala. Otóż Jej Córka wymknęła się spod kontroli z padaczką do tego stopnia, że zaciupanie Jej lekami do nieprzytomności było jedynym wyjściem (nie wiem czy świadomie przez lekarzy, czy już się tak zaplątali w decyzjach, czy Jej padaczka tak się zaplątała sama w sobie). Na kilka godzin (w najlepszej opcji) była w miarę żywa, tzn. miała chociaż kontakt a reszta doby - zupełny odlot. Zadzwoniłam przed świętami spytać jak się mają, na co usłyszałam, że wczoraj było spoko, bo Młoda na prawie dwie godziny otworzyła oczy...
Dla matki (przynajmniej takiej jak ja) to jest emocjonalna rzeźnia. Nie wiem, może
należałoby się cieszyć, że dzieciak nie ma napadów, ale co z
tego jak i Jego/Jej nie ma? Po kilku godzinach nie mogę już patrzeć na to
bezwładne ciałko i od jutro bezwzględnie wywalam nitra z rana i
mam swoją B. z powrotem. A co z mamami, które takiego ruchu w
zasięgu ręki już nie mają? To jest jakiś obłęd.
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.mojatworczosc.pinger.pl
Powalający (dosłownie) wybór :(
OdpowiedzUsuńAle jest!!! Jest! A jak nie ma?!
Usuń:(((
OdpowiedzUsuń:(((
OdpowiedzUsuń