wtorek, 19 kwietnia 2016

Anatomia maratonu

Niestety już jest tak, że przerw między Blankowymi padaczkowymi jazdami prawie nie ma. Kiedyś się piekło rozkręcało jak szła infekcja, księżyc, przebodźcowanie, coś. Teraz nie ma cudów - B. dostaje łomot od retta praktycznie codziennie a czasem nawet i sześć razy dziennie. O Niej pisałam już wielokrotnie, to ninja w spódnicy. Zgrzeją się Jej styki, każdy by umarł, lamentował, i odleciał w swoje boleści a Ona (z obwisłą głową, nowymi anomaliami oddechowymi i oklapniętym uszkiem) wraca do żywych w kilka godzin. Gorzej ze mną. 
Kiedyś było tak, że maraton się kończył a ja w kilka dni się regenerowałam i szykowałam na następny. Teraz już zasadniczo nie mam tego przywileju, bo jedna jazda się kończy w momencie rozpoczęcia nastepnej. A ja nie rettka, nie mam takiej mega-mocy jak B. i niestety takie akcje sporo mnie kosztują. Bo mimo swoich 30+ po tego typu dniach czuję się jak 80-latka, którą przejechał tir i wlekł za sobą jeszcze z dwieście kilometrów.
Jak są napady to nie ma życia. Ono sobie tam gdzieś leci (show must go on choćby dla Mniejszej) ale generalnie to taki cienki teatr. Się coś tam poudaje, ale myśli się tylko o tym, żeby Jej przeszło, żeby mogła spokojnie zasnąć i kolejny raz Jej nie wytłukło. To jest wbrew pozorom koszmarny stres, jak dziecko na przykład w napadzie przestaje oddychać i robi się jak śliwka. Całą praktycznie dobę z dupościskiem czekamy na napad. I on oczywiście przychodzi, nie ma różowo. Następuje akcja, uwolnienie adrenaliny i naszych umiejętności medycznego ratownictwa domowego a potem cisza, przynajmniej pozorna. Bo adrenalina wcale tak łatwo nie chce spadać... Następny napad i wkoło.
Owszem, przychodzą spokojniejsze dni, napad jest jeden, albo kilka słabszych. Ale co z tego skoro nie bardzo umiem się wtedy tak hop siup zregenerować bo wiem, że to kwestia godzin i wracamy do piekła. Mam ostatnio taki wyuczony patent, że wszystkie procedury opykuję w jak najkrótszym czasie, biorę Ją na ręce i razem przechodzimy jakoś te wstrząsy. Powtarzam, że kocham, że jestem i już przechodzi. Nie mam pojęcia czy ma to jakikolwiek wpływ na długość i siłę napadu ale mam chociaż poczucie, że zabieram trochę tego cierpienia na siebie, jak mnie tak trochę współ-wyszarpie. Przynajmniej jest nas w tym dwie.
Nie będzie morału. Będę płakać, buu buuu...

                                                                                                   A.  

P.S. Medyczna mery nie pomoże, nowy neuro też nie, czary również. Nam już może pomóc chyba tylko cud.

Grafika pochodzi ze strony: www.bart-zielinski.blogspot.com

3 komentarze:

  1. No to dawać tu ten cud...Napady są do dupy, tu nie ma wyjątków :(((

    OdpowiedzUsuń
  2. Dołączam się do prośby o CUD i to jak najszybciej!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Agatko kochanie współczuje i łączę się w bólu...
    Słuchaj tak sobie myślę...
    Myślałaś o medycznej marihuanie????
    Dziś pani z apteki też mnie o to zapytała.... Już od dłuższego czasu zastanawiam się nad tym czy nie warto wysłać dokumentacji B . do lekarza kwalifikującego do komórek macierzystych.?? Mówią że jeżeli chodzi o MPD i padaczkę rezultaty przechodzą najśmielsze oczekiwania....
    Wyślij mi proszę na e-mail swój numer telefonu.
    Jak tylko u mnie się uspokoi zadzwonię.Bo takie pisanie to o dupę.....
    Okazało się ,że moja Julka też ma napady uogólnione niestety i też zaczynają być przerażające. Coraz więcej ich i z różnymi objawami.Bezdechy też już kilkukrotnie nam się zdarzyły.Nie takie jak u Was -podziwiam Was bo ja pewnie bym spanikowała i zawału na miejscu dostała....
    napisz mi proszę ten numer telefonu:
    mój adres:
    aleksa1982sta@interia.pl
    Trzymajcie się dziewczyny..... <3

    OdpowiedzUsuń