sobota, 2 kwietnia 2016

Odważ się...

Przychodzi ten dzień i stajesz z nią/nim twarzą w twarz. Stało się, nie ma odwrotu. Musisz wybrać - albo powołując się na instynkt samozachowawczy (znów?) zdezerterujesz albo zaryzykujesz i choć przez chwilę zmierzysz się z tym, z czym musi mierzyć się co dzień ten Ktoś. Czyli z jej/jego tragedią (śmiercią czy inną mniej lub bardziej ostateczną stratą, chorobą itd).
Tak dobrze pamiętam jeszcze czas, kiedy nagle nasze cudowne życie roztrzaskało się w drobny mak o rett-ścianę. Trzeba było szybko ogarnąć się w nowej rzeczywistości przy jednoczesnym przeżywaniu żałoby po naszej ś.p. zdrowej Córce (bo przecież B. urodziła się przynajmniej pozornie zdrowa, w naszej świadomości funkcjonowała jako całkiem zdrowe dziecko). Owszem, dostaliśmy nową, chorą, jednak tamtą straciliśmy na zawsze. Z większością mam-koleżanek z placu zabaw nagle skończyły się nam wspólne tematy, sąsiedzi jakby zrezygnowali z typowego zaciekawienia tą małą słodką dziewczynką, znajomi bliżsi i dalsi zaczęli odpływać w siną dal jak żaglowce. Stałyśmy się z Blanką niewidzialne... Dodatkowo przecież cały czas oswajałyśmy retta.  Nigdy nie czułam się chyba bardziej samotna i zagubiona niż wtedy. 
Od zawsze i na zawsze chciałam i będę chciała mówić o Blance. Teraz jak jest z nami i wtedy kiedy odfrunie. Bo oprócz tego, że w Jej małym ciałku kryje się nasza największa tragedia to jednocześnie jest w nim całe nasze szczęście. I wtedy i teraz i kiedyś mogłam, mogę i będę mogła mówić o Niej godzinami. Teraz jestem silniejsza, nie zabiło mnie, wzmocniło, mówię tylko jak ktoś chce słuchać... Ale wtedy? Ile łatwiej byłoby gdybym usłyszała po prostu: "Aga, ja pier... ale się zesrało. Jak Wy sobie radzicie?". albo zwykłe: "Jak się trzymasz?". Tylko tyle, w dowód, że ktoś ma świadomość, że właśnie grunt obsuwa mi się spod nóg... Bez typowego udawania, że nie ma tematu, się stało i się nie odstanie a life goes on.
Spotkałam niedawno sąsiada z działki. Człowiek mi bliski o tyle, że zawsze sobie z nami pożartował, dzieci się pocieszyły, nam przy tym grzebaniu w ziemi zawsze było jakoś radośniej. Dwa miesiące temu stracił żonę. Spotkaliśmy się pierwszy raz od tego czasu a On zaczął jak zwykle, czyli w konwencji; wymuszone śmichy chichy, żarcik o kotach. Takiego bólu w oczach nie widziałam już dawno. Nie raz zdezerterowałam, nie jeden już raz wolałam żyć sobie spokojnie i nie musieć radzić sobie z czyimiś łzami... Od niedawna już tak nie chcę. Powiedziałam prosto - "Koty kotami ale jak Pan się trzyma po śmierci żony?". Pytanie zasadniczo głupie, ale mimo, że w bólu na pewno nie ulżyło, to z pewnością otwarło pewne drzwi. Zaczęliśmy rozmawiać a On poczuł, że nie mam zamiaru uciekać. Nie powiedziałam nic odkrywczego, nic co Mu jakoś diametralnie pomogło, mam tego świadomość. Jednak czuję całym sercem, że było warto. Nie uciekać. Wziąć na siebie choć tych pięć łez, których ten człowiek wyleje jeszcze całe miliony. Tylko tyle i aż tyle... Podziękował, że zapytałam, i dodał, że mało kto się odważy.
Odważ się, skocz  na główkę, pokaż, że nie żyjesz tylko sam/ sama dla siebie. Zaryzykuj, powiedz nawet coś co wydaje się być mega kwadratowe w obliczu tragedii. Zrób coś zamiast nie robić nic. W tak prosty sposób jak nie omijanie tematu możesz pokazać i dać poczuć komuś pogrążonemu w bólu, że nie jest sam. A to jest naprawdę bezcenne.


                                                                                              A.

Grafika pochodzi ze strony:  machiavellicro.deviantart.com

6 komentarzy:

  1. właśnie tak, strzał prosto w serce

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja się od Ciebie tyle uczę! Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlatego się odzywam. Tak jak umiem.

    OdpowiedzUsuń
  4. A widzisz ludzie się chyba boja, ze będą niegrzeczni... i nie wiedza ile potrzebują i ile mogą dać empatii...

    OdpowiedzUsuń