To powinno być jak mantra: matka ma zawsze racje, amen. I koniec. Nikt, ani terapeuci, ani inne matki, lekarze, pani z mopsu, sąsiadki, rodzina, po prostu nikt, nie zna mojego dziecka tak jak ja (i ewentualnie jej ojciec). Niby takie proste a jednak całe tony bab (niestety trzeba to przyznać, że chłopstwo rzadko się wpiernicza) generują sobie prawo do głoszenia co dla czyiś dzieci jest dobre. A nie wiedzą tego, bo wiedzieć nie mogą. Bo to my rodzice dniami, tygodniami, miesiącami, latami i w efekcie - całe życie, studiujemy nasze dzieci. Z tymi zdrowymi jest o tyle łatwiej, że wiesz co chce/ nie chce/ dolega/ niepokoi, bo Ci powie. Z Rettką działasz po omacku. Rettki się uczysz. Siebie się uczysz. Popełniasz masę błędów, podejmujesz miliony prób: zrozumienia, pomocy, przywrócenia dobrostanu i zapewnienia szczęścia. Robisz tak i patrzysz co się dzieje. Potem robisz całkiem inaczej i też obserwujesz. Nie ma efektu? Robisz o milimetr inaczej. Albo mniej. Albo ciszej. Albo szybciej. Dopasowujesz do Niej każdą metodę, czynność, emocje i czas. Optymalizujesz, personalizujesz, ulepszasz. Robisz wszystko tak, by było żyło się Wam jak najłatwiej mimo tej chorej sytuacji. Przetrwaliście razem rozpacz regresu, walkę o diagnozę, lata płaczu, kolejne lata napadów i różnego młócki retta macie na co dzień. Dlatego nikt kto patrzy na Was jak na ładny obrazek z Aniołem w roli głównej nie ma najmniejszego prawa nawet sugerować Wam co jest dla Niej i dla Was dobre. To wiecie Wy i Ona. Tylko.
A.
Grafika pochodzi ze strony: lovl3yb0nes.deviantart.com
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz