poniedziałek, 2 stycznia 2017

Noworoczne jaja w poradni

Naprawdę czasem żałuję, że mama z tatą wychowali mnie na taką kulturalną dziewczynkę, bo dzisiaj powinnam była zrobić zadymę w obronie praw mojego małego pacjenta.
Sytuacja jest taka - B. kończy w święta sterydy, po czym mamy być na kontroli w poradni neurologii (szpital piękny, nowoczesny, z lądowiskiem dla helikoptera). Terminów na po świętach nie ma, bo wszyscy biorą urlopy, więc dostajemy termin po Nowym Roku. Wstępnie na prawie południe ale uzmysławiam Pani, że dziecko musi być na czczo i bez leków bo robimy stężenia coby dobierać dalej jak najbardziej efektywne dawki tych wszystkich trucizn. Więc zapraszają na 8.00, być należy 15-20 minut wcześniej żeby pobrać numerek i zająć miejscówkę pod drzwiami gabinetu. B. w połowie infekcji, Mniejsza właśnie zaczyna kolejną rundę chorowania, więc decydujemy, że jedzie z Nią tato. 
Są o 7.45, punkt 8.00 czekają na dr. Mija czas, dzwonię o 8.30 do A. co tam nowego na wizycie, a A. mówi, że nikogo nie ma. Listu gończego także nie wysłano a na pytanie gdzie jest pani doktor pielęgniarki odpowiadają, że nie przyszła do pracy. Mogło się coś stać, śniegiem sypnęło, Sylwester był itd., rozumiem, wypadki losowe, nie ma się na nie wpływu. Ale coś by wypadało zrobić z tymi pacjentami, którzy są już zapisani i przyjechali (czasem nawet z daleka, my tylko 50 km). Może zastępstwo? Informacja. Cokolwiek. Czwórka dzieci czeka. B. wstała o 6.00, wyjechała spod domu o 6.45. Jest bez picia, jedzenia i leków (co z każdą minutą zwiększa szansę na napad). W dodatku w połowie infekcji. 
Bez żadnego "przepraszamy, że tak wyszło" o 8.50 przybywa zastępstwo. Moi są drudzy bo okazuje się, że wraz z Nowym Rokiem jak się jest pierwszym na liście to jest się drugim, nie wnikałam jak to wyszło. Wchodzą z ponadgodzinnym opóźnieniem, wizyta trwa ok. 20 minut, a krwi jednak pobranej nie będzie, bo nie warto męczyć kłuciem dziecka (!). Na Boga jasnego... Dziecko, bardzo chore zresztą, przyjechało właśnie po to. Po to nie jadło, nie piło i nie dostało leków od dnia poprzedniego... Już by można pobrać Jej tą krew choćby dla poczucia, że czekała głodna po coś. 
Pytanie moje jest takie - czy lekarz zawsze musi być postrzegany jako ten wyżej od pacjenta? Jemu/ jej należy się szacunek, a pacjentowi już nie? Kto tu pełni służbę komu? Czy zawsze ten za biurkiem i z pieczątką musi dyktować warunki? 
Akceptacja choroby dziecka i nauczenie się życia z nią to naprawdę połowa drogi bo potem przez drugie pół ciągle trzeba mierzyć się z brakiem empatii i zrozumienia. Ciągle mnie to boli.

                                                                                          A. 

Grafika pochodzi ze strony: www.kingofwallpapers.com

2 komentarze:

  1. Ech, nawet nie wiesz, jak potwornie wkurza mnie brak szacunku dla pacjenta, szczególnie, gdy ów pacjent jest niepełnosprawny!! A jak wkurza mnie tratowanie matki/ojca pacjenta jakby byli ograniczeni w stopniu równym dziecku, brrrr!! Ale dla uczciwości dodam, że są i bardzo fajni lekarze :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Przykre to, co piszesz :-( I wiem, że wkurza niemiłosiernie, kiedy poza tym, że trzeba mierzyć się z ciężką chorobą dziecka, to jeszcze dodatkowo być traktowanym jak człowiek gorszej, głupszej, mniej ważnej kategorii.

    OdpowiedzUsuń