środa, 18 stycznia 2017

Ona i ja zostajemy

Raz wydaje mi się, że matka dziecka zdrowego i matka dziecka niepełnosprawnego to całkiem pokrewne gatunki, a kiedy indziej, że są tak do siebie podobne jak żyrafa do foki. Trochę nas łączy, dużo nas dzieli; mamy podobne założenia co do swojego macierzyńskiego posłannictwa ale los wywalił nas na dwie różne planety i to co mamy zrobić dla swoich dzieci, musimy robić w totalnie różnych warunkach. 
Bycie matką to etapy - najpierw jest się mamą malucha i uczy tego całego cyrku, potem walczy ze zbuntowanym dwulatkiem, następnie opiekuje przedszkolakiem, potem staje się matką rozrabiaki z zerówki, pierwszoklasisty, dalej - komunisty, potem uczniaka z kolejnych klas gimnazjum, liceum, studenta itd. by w końcu przeobrazić się w dumną matkę dorosłego człowieka, a na końcu zaszaleć jako superbabcia jeżdżąca na deskorolce. Tak zmieniamy się jako mamy, w rytm zmian jakie funduje nam dziecko. Każdy etap przechodzi mniej lub bardziej płynnie w następny, każdy wywołuje swym przemijaniem pewien ból i uronioną łzę ale jest osładzany odkryciami kolejnego. 
Wyrosło z cyca ale samo myje już rączki, zostało od nas amputowane i teleportowane do przedszkola ale śpiewa na przedstawieniu najgłośniej "Mamo, kocham Cię!" itd. Dojrzewamy z naszym dzieckiem, prawda? Zmieniamy się, dostosowujemy do tego jak Ono się zmienia. Jego i nasz świat ma z każdym rokiem coraz więcej barw, odcieni, szczegółów i wymiarów. Tak jest jak dziecko jest zdrowe... A jak nie jest?
 ***
Stoję na stacji z B. za rękę a tu ziuuu - pierwszy pociąg z maluchami, które zaczynają tyleż pokracznie co słodko stawiać pierwsze kroki. Odjeżdża, nie wsiadamy, nie ma miejsca. Czas mija, nadjeżdża kolejny, cały wypchany małymi buziakami i  zaplutymi śliną "mamaaa". Stoimy, patrzymy jak odjeżdża. Tak mijają lata i kolejne pociągi, w których nie ma dla nas miejsca... Czasem podbiegam ale B. nie nadąża, znów nie wsiadamy - ani do intercity z 3-latkami w strojach małych baletnic, ani nawet do TLK drugiej klasy z rozrabiakami największymi w szkole. Czekamy, stoimy jakby w miejscu, a kolejne lokomotywy i wagony bezwzględnie nas mijają. A jak tak człowiek stoi i czeka to zaczyna widzieć. Oglądać, zauważać, kontemplować. Okazuje się, że to nasze wspólne miejsce na stacji zwanej życiem jest całkiem fajne. Tu listki tańczące na wietrze, tam inne duperele. Ale najważniejsze, że jesteśmy MY. Możemy na siebie patrzeć, trzymać się za rękę i być. Być razem a nie tylko obok. Bywa, że ci, którzy wsiadają do kolejnych pociągów tracą z oczu to co najważniejsze... 
A ja? Mimo, że tak bardzo chciałabym też Ją zabrać w tą najpiękniejszą drogę przez życie, z każdym kolejnym pociągiem, który nas nie zabrał bardziej doceniam to co mam tu i teraz. I żadne pendolino nie może równać się z tym, że ciągle jesteśmy na tej stacji RAZEM. 
***
                                                                                                                                                                                                                                                                       A.  

Grafika pochodzi ze strony: www.bestquotes.com i www.pinterest.com

3 komentarze:

  1. Ach i och - przecudnej urody są Twoje przemyślenia :) I słowny przyodziewek też zacny i jeszcze im uroku dodaje :) Masz talent Agatko!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne i wzruszające słowa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Udanej podróży, bo przecież i Wy jedziecie, tylko pociągi inne!

    OdpowiedzUsuń